25 grudnia, 2013

- o uchu, czyli druga odsłona Świąt z Budnymi

- boli ucho! - słyszę nagle głos z pokoju.
Co, jak, gdzie? Dopiero co wszystkie moje dzieci radośnie biegały z prezentami, a my żegnaliśmy gości wychodzących ze wspólnej Wigilii. Gdy znosimy kolejne talerze do kuchni, widzę obok zmywarki, pracującej na pełnych obrotach, chwiejącą się wieżę z gum rozpuszczalnych. Surowiec, który Ela użyła do sklejenia wieży nawalił - jednak ślina nie starcza na długo - Ela musi to przemyśleć.

21 grudnia, 2013

o zepsuciu, czyli pierwsza odsłona Świąt z Budnymi

- zepsułeś Święta - to Twoja wina! - z pełną parą i oburzeniem zakrzyknął wczoraj Józef.
Co mogło wywołać aż takie oburzenie i rozpacz w głosie naszego ulubieńca?

20 grudnia, 2013

o zupie, która leczy

...jeśli ktoś ma oczywiście odpowiednią motywację i silną wolę, bo bez tego ani rusz!
Dwa tygodnie temu byłam świadkiem cudownego działania zupy pomidorowej, a właściwie zupy poMinnidorowej.

14 grudnia, 2013

o kolejnym KR Autyzm Help

Dziś w Olsztynie:


A tym, którzy wybierają się do nas z daleka, zalecam cierpliwość w przedostawaniu się przez grudy mokrego śniegu.

12 grudnia, 2013

o fofaniu i fochu

- fofam mamę! 
Do pełni szczęścia brakowało mi tylko tych słów od Eli. To oczywiście nie koniec, bo tata też się doczekał:
- fofam tatatusia!

09 grudnia, 2013

o kalendarzu JiM

Fajni, aktywni, z poczuciem humoru, normalni - chociaż mówimy na siebie nienormalni.
W kalendarzu jest nas dwunastu, a ja znam już ponad dwustu właśnie takich rodziców osób z autyzmem.
Każdy, kto chce wspomóc Fundację JiM może mieć kalendarz z Dumną Mamą, Dumnym Tatą na rok 2014.
Wystarczy wejść na stronę Fundacji JiM.

06 grudnia, 2013

o tym, którego imię rozpoczyna się literą M.

- Święty Mikołaj umarł... - zaczynał od tygodnia swoje rozmyślania Staś.
- ...zamiast niego rodzice i elfy muszą podkładać prezenty - opowiadał każdemu, kto chciał tego słuchać oraz każdemu, kto absolutnie nie chciał, ale zbytniego wyboru nie miał.

29 listopada, 2013

o kuchni

W naszej kuchni od rana jest głośno i tłumnie - jak na Marszałkowskiej. Dzieci przepychają się między sobą w drodze do szuflady z łyżeczkami. Staś lamentuje, że tak wcześnie dziś wstał, a Ela nie tracąc czasu śpi na siedząco. Dodatkowy dźwięk dochodzi ze strony blatu, o który Jarek stuka zamarzniętym masłem:
- przepraszam, ale to pieczywo jest czerstwe! - woła mój mąż, parafrazując znany film.
Bywa i tak, że do ogólnego harmideru dołączy dźwięk tłuczonego kubka lub miski z mlekiem, które Józek strąca swoim niebieskim kocem. Wczesnym rankiem w naszej kuchni brakuje tylko wywodów Jaśka, który korzysta z przywilejów dłuższego spania. To, co dla niego jest nagrodą, dla Józka stanowi nieustanne źródło żartów. Lubi stanąć obok śpiącego brata i chichocząc, pokazywać na niego:
- a Jasiek jeszcze nie wstanął!
W naszej kuchni wisi zegar od przyjaciół, dzięki któremu Józek dyryguje porannym wychodzeniem do szkoły. Pogania wszystkich, którzy razem z nim wyruszają rano do placówki, a na końcu upomina tatę:
- nie spóźnij się do pracy!
Jeszcze tylko z trudem obudzony Jaśko uwiesi się u drzwi lodówki, marudząc, że w domu nic nie ma do jedzenia i nagle w kuchni robi się dziwnie pusto.
Nie na długo, zaskakująco szybko nadchodzi godzina powrotu dzieci ze szkoły i przedszkola:
- zjadłem mamo w szkole dziewięć widelcowych - opowiada Józio o swoim obiedzie i od razu zaczyna poszukiwać czegoś do zjedzenia.

zdjęcie autorstwa Jaśka- rodzinnego fotografa
W kuchni kontynuowane są rozmowy, które rozpoczęły się jeszcze w samochodzie:
- powiedziałeś mi, tato, o czarnej dziurze i tak bardzo się teraz boję - z wyrzutem wypomina tacie Staś. 
- Stasiu, nie martw się - uspokaja go tata - zanim czarna dziura wessie całą Ziemię, to najpierw Słońce wybuchnie!
Słowo wybuch przypomina mi od razu frytki w naszej wcześniejszej kuchni. Wraz z Nowym Rokiem przygotowałam talerz dopiero co pokrojonych w prostokąty ziemniaków. Przenosząc talerz nie zauważyłam kropli wody, która kapnęła ze spodu na rozgrzany olej. Ogień buchnął wysoko, chłopcy w pokoju zobaczyli nagle łunę z kuchni. A ja, chociaż stałam obok, zachowałam i włosy i brwi.
W naszej obecnej kuchni Ela ustawia sobie przy meblach piłkę do rehabilitacji i zaczyna ćwiczyć, tak jakby czuła, co jej jest potrzebne.
Gdy zgłodnieje, ma blisko do ulubionego jedzenia:
- chlebek z sinką cę! - mówi po ćwiczeniach.
- zjedz z serem - rozkazuje jej Józek, który stroni od kanapek z szynką.
- z sinką - Ela staje w rozkroku i bierze się pod boki, ale Józek nie zauważa zmiany w jej wyglądzie i ciągnie, jak gdyby nigdy nic:
- dlaczego ona zawsze chce kanapkę z szynką - zastanawia się głośno i dopiero wtedy widzi mordercze spojrzenie, które wysyła mu spod brwi Ela.
- mamo, a ona jest mięsożerna - skarży się Józek z bezpiecznej już odległości, czyli z pokoju.
Uciekając przed Elą zwolnił miejsce, na którym od razu usiadł Staś. Przy stole kuchennym postanowił napisać list do św. Mikołaja. Staś rozpoczął swój list następująco:
- "Mikołaju: oki doki"...
Trochę czasu zajęło mi pokazywanie mu po kolei pisowni każdej z liter. Na końcu zainteresowałam się:
- ale co to jest: oki-doki? czy to jakieś przywitanie amerykańskie?
- to przecież takie urządzenie,  mamo,  do mówienia na odległość, mamo! - wytłumaczył mi Staś.
Sprzątam okruchy po kanapce z sinką, a już przy stole próbuje się zainstalować z laptopem i Minecraftem Jaśko. Przegoniony do odrabiania lekcji wraca za chwilę z zeszytami, burcząc coś pod nosem. 
- kolacja! - krzyczy nagle Józek i znów zaczyna węszyć w lodówce.
A potem gasimy światła i jeśli sumienny Józek nie obudzi mnie wcześniej, to nawet do 5:30 znów jest w naszej kuchni pusto.

26 listopada, 2013

o lęku po raz drugi

Wszystko układało się po mojej myśli, dopóki nie wyrósł przed nami płot z siatki.
Strach mnie złapał za gardło - zbliżała się wizyta u dentysty, a my staliśmy przed przeszkodą nie do pokonania. Przynajmniej tak mi się wydawało.

23 listopada, 2013

o lęku po raz pierwszy

Znienacka Józio rozpoczął ze mną rozmowę o swoim lęku. Od początku temat zapowiadał się bardzo tajemniczo:
- F... - zaczął Józek i zawahał się.
Okazało się, że zdradził mi właśnie pierwszą literę imienia kogoś, kogo się boi.

20 listopada, 2013

o byciu perfekcyjnie punktualnym

Jak podróżować z trójką dzieci autobusem nocnym i nie stracić przy tym fasoli? Taki plan naprawdę może się powieść, a przepis na to - poniżej.

12 listopada, 2013

o sposobie na chaos

Szafka z pokoju dziecięcego po raz kolejny zaatakowała Staśka otwartymi drzwiczkami. Na swoim niechlubnym koncie miała już trzy guzy i dwa zagubione zeszyty szkolne Jaśka. Swoimi gabarytami zasłaniała i tak już zdawkowe jesienne światło. Moja decyzja była bezwzględna:
- koniec z nią!

08 listopada, 2013

o szczęku

Szczęk jest u nas w domu od wczoraj, ale ma już swoje miejsce na tyle dostępne, żeby można było po niego często sięgać. Nie należy mylić go ze szczęką, ani szczękami, chociaż ma z nimi wiele wspólnego. Po raz pierwszy o szczęku usłyszałam od Józka, który tak nazwał u ortodonty gipsowy odlew swoich górnych zębów.

31 października, 2013

o tym, że czasem trzeba sobie odpocząć

- mam taki plan - jak to mówi Józek, a ja to dziś za nim powtórzę:
- mam taki plan:
...poleżę dziś do góry brzuchem przez godzinę i nic nie będę robić! Dłużej leżeć nie będę, bo oczywiście z sześciu osób w rodzinie trzy są chore, więc wszystkie domowe obowiązki dziwnym trafem skupiły się na najzdrowszej z mam.

28 października, 2013

o mózgu

Wspomnienie Wielkiej Ucieczki Józka dręczyło nas od lat. Pięcioletni wtedy Józio uciekł babci podczas spaceru. Został znaleziony obok myjni i odwieziony radiowozem policyjnym do domu. Myślałam, że już nigdy nie dowiemy się, w jaki sposób Józek pokonał wtedy sporą odległość. Czy jechał autobusem, czy całą drogę przeszedł pieszo? Jak wyglądała jego droga przez ulice? Czy ktoś mu pomógł przejść pomiędzy samochodami? Czy nikogo nie zdziwił mały człowiek - nie mówiący - ale sam przemierzający kilka kilometrów?

23 października, 2013

o jesieni

- jestem źle czujący się! - stwierdza jesienny Józio, któremu ograniczamy ostatnio czas spędzany przy komputerze. 
Odchodzi od swoich filmów historycznych i mocno owija się kocem:
- bez komputera jest mi zimno!
Ja bez komputera jakoś jeszcze wytrzymuję, natomiast brak światła odczuwam depresyjnie. Rano, gdy wstajemy jest jeszcze ciemno, gdy siadamy do obiadu - już zapalamy lampy.

21 października, 2013

o dorastaniu

Okazuje się, że nie tylko dzieci podczas nieobecności rodzica wyrastają nagle i zaskakująco. Niektórym rodzicom to też się zdarza.
- mama - wielki! - usłyszałam podczas przywitania od mojej Eli. Możliwe, że przez tydzień pobytu na Kongresie Autyzm Europe urosłam. Bliższe prawdy jest to, że Ela nauczyła się nowego słowa, pozwalającego jej w końcu wyrazić, co naprawdę o mnie myśli. Mogło też się zdarzyć, że wyprostowałam się, a Ela to od razu zauważyła. Wewnętrznie się wyprostowałam, bo moje plecy, jak były zgarbione, tak nadal są.

17 października, 2013

o wcześnie wstających ludziach, którzy pewnej soboty spieszyli się na spotkanie

W sobotę moja torebka zyskała nowe wyzwanie: udźwignąć miecz, nóż i tarczę - oprócz zwykłego, sporego obciążenia. Miecz zdjęłam z pudła ze skarbami Stasia. Nie zauważyłam, że dla lepszego efektu posmarowano go czerwoną farbą, stąd pierwsze osoby, które przywitałam na Klubie Rodziców, miały później czerwone dłonie. Farba na szczęście szybko dawała się zmyć. Nóż spoczął obok tortu, a miecz wraz z tarczą trzymałam blisko siebie. Czas było rozpocząć pierwsze spotkanie Klubu Rodziców Autyzm Help w Olsztynie.

11 października, 2013

o papierosach raz jeszcze

Spotkałam dziś pięcioro ludzi palących papierosy. Pewnie tak dokładnie nie odnotowałabym ilości palaczy wokół mnie - gdyby nie to, że na spacerze towarzyszył mi Józek. Nierówna walka Józka z dymem papierosowym trwa od dawna. Podczas jednej z lekcji usłyszał o szkodliwości palenia i odtąd mówi napotkanym palaczom o chorobach nowotworowych. Całkiem niedawno obrał nową taktykę.

09 października, 2013

o pewnościach

Co trzy lata zbieram wszystkie możliwe dokumenty i przekładam je urzędnikom z miejskiego zespołu do spraw orzekania o niepełnosprawności. Stawiamy się później na obowiązkowym spotkaniu z komisją, która ocenia, czy mój Józek jest jeszcze osobą niepełnosprawną, czy już nie. Widocznie znane są przypadki cudownego uzdrowienia z autyzmu i dlatego nigdy nie przyznano Józkowi orzeczenia o niepełnosprawności, ważnego do 18 roku życia.

07 października, 2013

o torcie po pogrzebie

- sto lat, sto lat! - zagrzmiało w autobusie, którym wracaliśmy z pogrzebu. Józek tego dnia zachowywał się niezwykle elegancko, a teraz uznał, że nareszcie nadszedł czas, żeby przypomnieć mi o moich urodzinach sprzed tygodnia. 
 - zrób tort, mamo - teraz! - krzyknął. Rozejrzałam się dookoła szukając możliwości ucieczki przed hasłem zrobienia tortu. Pieczenie ciast to zdecydowanie nie moja działka.

23 września, 2013

o wrześniowym wyjeździe

Osobiście jestem przekonana, że podczas mojej kilkudniowej nieobecności zapanuje chaos. W domu zabraknie osoby, która zna położenie każdej ładowarki, sprząta, pierze, gotuje, przynosi zakupy i pomaga w odrabianiu lekcji. Na pewno wszyscy zapomną o stroju gimnastycznym dla Józka i kapielówkach na basen Jaśka. Dręczę sama siebie tego typu rozmyślaniami i gdzieś w tym wszystkim umyka mi fakt, że moje dzieci lepiej zachowują się, gdy mnie w pobliżu nie ma, a na pewno przejawiają samodzielność, o którą ich nawet nie podejrzewam.

19 września, 2013

o przesyłce - jeszcze

Śpieszę donieść, że przesyłka pocztowa do nas dotarła. Nie była zbyt wielka - ot, zwykła koperta z małą, plastikową kartą w środku. Fanów konsoli nintendo obruszyłoby moje określenie: mała karta. "Przecież to karta zdolna pomieścić wiele gier, muzyki - i film nawet można dzięki niej obejrzeć!" Tak, tak, ja to wszystko wiem. Mała, plastikowa karta to marzenie Józka, a więc dla mnie znaczy nawet więcej niż dla wszystkich fanów gier razem wziętych. Opisałam czas oczekiwania Józka na przesyłkę, ale należy dodać do tego kilka miesięcy, podczas których Józkopodobni gracze poszukiwali odpowiednika poprzedniej - zablokowanej karty. I to dopiero podnosi wartość przesyłki, którą listonosz przyniósł pod nieobecność zainteresowanego.
Józek podskoczył kilka razy do góry, mocno trzymając przy tym kopertkę, a następnie powiedział:
- najpierw odrobię lekcje.
Nikogo tymi słowami nie zaskoczył, prawda?

14 września, 2013

o głupim i nudnym

- czy on przyjdzie? kiedy on przyjdzie? - tęsknota Józka zawsze jest olbrzymia.
- ciągle pracuje i pracuje? - pytał, a ja nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć.
- zadzwoń do niego! - zawołał, odchodząc od okna.
Ach, żeby to było takie proste i dotyczyło na przykład taty Józka. Do niego mogłabym zadzwonić, ale Jarek wraca z pracy mniej więcej o tej samej porze i dlatego jego nieobecność Józka nie martwi. Gorzej było z wyczekiwanym listonoszem.
- nie mam numeru telefonu listonosza! - mówię Józkowi, który od rana oczekiwał na przesyłkę.
- a może pójdziesz na pocztę i powiesz, że pan listonosz nie umiał chodzić, nie umiał przyjść? - Józio wciąż szukał jakiś rozwiązań, które przyspieszyłyby otrzymanie paczki.
Z powodu deszczu nie zamierzałam tego dnia odwiedzać poczty, w dodatku w domu od tygodnia miałam dwóch zakatarzonych młodzieńców. Jeden z nich prawie ciągle siedział przy oknie, obserwował pocztę i kichał.
- jest! widzę go! - Józek przerwał nagle moje myśli o wpływie września na choroby dziecięce. Tak, jak połowa znanych mi dzieci Jaś i Józek zachorowali już w drugim tygodniu uczęszczania do szkoły. Właściwie to powinnam cieszyć się z tego, że przynajmniej tydzień do szkoły uczęszczali - wyjaśniała mi telefonicznie koleżanka - bo mogłam mieć chore dzieci już od drugiego września - tak, jak to się przydarzyło wielu innym znajomym.
Patrzę przez okno i listonosza nie widzę. Brakuje mi tego sokolego wzroku Józka, który pomiędzy drzewami i krzewami odgradzającymi nas od poczty wypatrzył uniform i charakterystyczną torbę listonosza.
- o nie! poszedł kupić jedzenie! - Józek poinformował mnie o dalszych poczynaniach listonosza.
To była nasz ostatni kontakt z pocztą tego dnia - przesyłki nadal nie otrzymaliśmy.
Następnego dnia już o piątej nad ranem zostałam obudzona przez Józefa:
- czy on zaraz przyjdzie?
W panice usiadłam wyprostowana na łóżku:
- listonosz śpi, a poczta zamknięta! - wyrecytowałam wcale niezaspanym głosem.
Józia zaskoczyło to lekko: jak można o tej porze spać?
- czy on nadchodzi? - dopytywał się następnie co godzinę, dopóki z poczty Jasiek nie przyniósł informacji, że przesyłek priorytetowych nie przynoszą listonosze z poczty za naszym blokiem - są one przywożone samochodem. Józek natychmiast zmienił front i przeniósł się do innego pokoju, skąd widać było nadjeżdżające samochody.
- około 15:00 ma przyjechać - dodał Jaś.
- to potrwa dłużej, do końca świata! - zmartwił się Józek i przynajmniej połowa jego wypowiedzi okazała się być prorocza.
O godzinie 15:00 Józek w podskokach przebiegł przez mieszkanie, ale już minutę później ogarnęło go przygnębienie. Zgodnie z jego najgorszymi przeczuciami listonosz nie dotarł do nas tego dnia, a ponieważ w sobotę i w niedzielę poczta jest nieczynna, to proszę o trzymanie za nas kciuków, abyśmy wytrzymali krzyki Józka i w zdrowiu psychicznym dotrwali do poniedziałku.
Wielki żal spowodował zmianę nastawienia Józka do nieświadomych niczego pracowników poczty. Do tej pory uważani byli za osoby, które wszystko potrafią, a na pewno wszystko dostarczą. Każdy listonosz miał według Józka pozycję wyższą niż św. Mikołaj i Spiderman. Teraz to się zmieniło:
- on nic nie rozumie. Jest głupi! - wykrzyczał Józek obelgę, którą stosuje tylko w wyjątkowych sytuacjach.
Oj, oberwie się panu listonoszowi w poniedziałek. Na domiar złego może jeszcze usłyszeć, że jest nudny - a to określenie jest używane przez Józka w tych sytuacjach, gdy inni klną i tupią nogami.
Do tej pory Józek nie miał potrzeby wzbogacania swojego słownika o wyrazy bardziej dosadne. Coś mi się wydaje, że to Ela będzie osobą, która najszybciej do tego doprowadzi. Nie dość, że mały łobuz nie ustaje w dokuczliwych żartach, po których aż język świerzbi, to jeszcze ma bardziej urozmaicone słownictwo od starszego brata.
Przekonałyśmy się o tym z koleżanką, z którą spotkałyśmy się podczas wielogodzinnej podróży z Chorzowa, ze szpitala.
Miałam to szczęście, że ktoś znajomy zostawał z bagażami, gdy ja wędrowałam korytarzem do koła, wiszącego obok ubikacji. Koło przyciągnęło uwagę Eli - jak nic innego w tym pociągu.
Ela szybko zorientowała się, że samo słowo "koło" nie wystarczy, żeby mama chciała po raz kolejny przejść się tam i z powrotem. Oczywiście skojarzyła, że blisko koła jest ubikacja, a przecież dziecku nikt nie odmówi pójścia do toalety. O toalecie natychmiast zapominała, gdy widziała koło.
W którymś momencie mały uciekinier próbował sam pobiec do obiektu zainteresowania.
Bożenka zagrodziła jej drogę - a tego Ela nie lubi:
- keke - Ty!  - Ela podparła się jedną rączką pod bok, a palcem drugiej ręki wskazywała na Bożenkę, żeby było wiadomo, do kogo kieruje swoje ostre słowa. Wiedziałyśmy, że to na pewno jest coś mocnego, bo wszystkiemu towarzyszyła wściekła mina Eli.
- ciekawe, co ona powiedziała - zastanowiła się Bożenka.
- ciekawe... - też nie miałam zielonego pojęcia, co to znaczy.
Bożenka postanowiła zaryzykować i odpowiedziała Eli:
- keke Ty!
Wtedy okazało się, jak bardzo są to obraźliwe słowa. Ela rymsnęła jak długa na podłogę w pociągu (tfu! - na podłogę w pociągu!) i płakała długo i przejmująco. Czasem tylko spoglądała przez palce, którymi zakrywała oczy - sprawdzała, czy wiemy, jak bardzo została urażona.
"Głupi" i "nudny" - używane przez Józka - trochę blado przy tym wypadają.

11 września, 2013

o wrześniowej wędrówce po urzędach

Jak co roku, gdy zbliża się termin składania wniosków do świadczeń rodzinnych, mam przygotowane wygodne buty, prowiant i mocny plecak zdolny unieść sporo dokumentacji. Czeka mnie kilkugodzinna kolejka - czasem na świeżym powietrzu - a to mi przypomina, żeby dołożyć jeszcze parasol.
Ta pełna mobilizacja rodziców dzieci niepełnosprawnych jest wywołana prozaiczną sprawą - nastał czas na złożenie wniosków o świadczenia rodzinne na następny rok. Kto nie zdoła tego zrobić do końca września, dostanie pieniądze z opóźnieniem. Miesiąc bez pieniędzy nie brzmi zbyt dobrze, więc kolejki ustawiają się już od godzin porannych.
Na tych, którym uda się wejść do środka budynku czeka w tym roku pewna niespodzianka. Mniej więcej takiej treści napis straszy tych mniej przygotowanych:
"Przyjmowane będą tylko kompletne i wypełnione wnioski, nie ma możliwości uzupełniania dokumentów przy urzędniku".
I tu mnie mają - powiem to szczerze, bo tylko z częścią dokumentacji sobie poradziłam. Mam już odpowiednie zaświadczenie z ZUS-u, który odwiedziłam ostatnio dwa razy - za pierwszym razem dostałam do rąk własnych nie ten co trzeba dokument. Wędrówka trwała dalej: z Urzędem Skarbowym, choć zawsze to brzmi poważnie  - nie było problemu: nawet jeśli myli mi się dochód niepodlegający opodatkowaniu, to jednak urzędnik palcem mi pokazał, gdzie mam podpisać i w którym momencie dowód osobisty pokazać. Pozostało jeszcze zgromadzenie dokumentów potwierdzających niepełnosprawność moich dzieci i wypełnienie wniosku z MOPS-u. I tu właśnie natknęłam się na tajemnicze "oświadczenie członka rodziny o dochodzie niepodlegającym opodatkowaniu podatkiem dochodowym od osób fizycznych, osiągniętym w roku kalendarzowym poprzedzającym okres zasiłkowy."
Koniec i kropka - nie mam pojęcia, o cóż chodzi. Za złożenie fałszywych zeznań grozi mi odpowiedzialność karna - czytam na tym samym oświadczeniu i długopis od razu wypadł mi z ręki.
Oprócz kartki z napisem o wymaganym wypełnionym wniosku - w MOPS-ie nie ma informacji, w której pokazałabym nieszczęsne oświadczenie.
Stanę zatem rano, obok innych rodziców dzieci niepełnosprawnych, zaprawionych w bojach i może właśnie od nich czegoś się dowiem. Tak to już jest, że wraz z problemami naszych dzieci dostajemy w pakiecie wędrówki po urzędach.

09 września, 2013

o drugiej diagnozie

Czas najwyższy podzielić się dialogiem, który rozpoczął się dość zwyczajnie, a zakończył niespodziewanie:
- nawet, gdybym był szpiegiem, nie wydobyto by ze mnie żadnych informacji o ludziach - zaśmiał się mój mąż, gdy opowiadałam mu o znajomych, których nie mógł sobie przypomnieć
- mimo tortur nie zdradziłbym nikogo. Nie mam pojęcia, jak Ty zapamiętujesz imiona ludzi i ich twarze! - dodał.
Pomyślałam o tych wszystkich matematycznych zawiłościach, które dla odmiany Jarek rozpoznaje i nazywa, a nawet układa we wzory:
- gdyby ktoś ciebie zapytał - zaczęłam myśleć na głos - jaka jest najmniejsza liczba pierwsza - to od razu byś odpowiedział.
- dwa! - wtrąciła się nasza Ela.
Śmiałam się, dopóki Jarek nie powiedział mi, ile wynosi najmniejsza liczba pierwsza. Jakoś tak zapomniałam, że to właśnie dwa.
Tylko skąd Ela to wiedziała?
Po brawurowej akcji z liczbą pierwszą okazało się, że mała swobodnie liczy do dziesięciu, chociaż wcześniej wszystkie napotkane liczby określała krótko: "trzy!"
Tak pozostając w temacie liczb to pozostały jeszcze cztery miesiące do stycznia, w którym Ela skończy trzy lata. Do ilu będzie wtedy liczyć - mogę się tylko domyślić.

autor: tata
Od miesiąca mamy postawioną diagnozę - zostały u Eli rozpoznane cechy zespołu Aspergera - czyli zaburzenia ze spektrum autyzmu.
Szukaliśmy przyczyn jej problemów z opóźnioną mową - a otrzymaliśmy drugą w naszej rodzinie diagnozę.
Samo słowo diagnoza brzmi zawsze źle, natomiast ma po prostu służyć poprawie - tak napisał mi ostatnio znajomy. Dzięki temu, że tak szybko zauważono Eli problemy w sferze społecznej nasza matematyczka ma szansę na terapię. Od kilku dni uczęszcza do przedszkola przy Zespole Placówek Edukacyjnych i to najlepsze miejsce, do którego mogła trafić.

autor: Sebastian Kałuża
Słodka, uśmiechnięta i chwytająca za serce - to oczywiście moja Elka. W czapce przypominającej starą, dobrą Nirwanę - cóż, dziewczyna od małego ma swój styl. Krzykliwa, nieposłuszna - to też o niej - usłyszałam to ostatnio na komisji do spraw orzekania o niepełnosprawności. Posiadająca umysł szachisty, którym nieraz nas zaskoczy - to z kolei usłyszały ode mnie panie z komisji, gdy już wyciągnęłam Elę spod krzesła i skierowałam do wyjścia.
Paradoksalnie to właśnie dzięki urzędnikom całkiem dobrze zniosłam wiadomość o drugiej diagnozie w naszej rodzinie, ale o tym już w następnym poście.

Ela najlepiej czuje się z mapą - dzięki Sebastian!

05 września, 2013

o człowieku na tak

Podczas ostatnich dni najbardziej zastanawiało Józka to, dlaczego w naszym kalendarzu pod datą drugiego września widnieją błyskawice. Józio doskonale wiedział, kto to narysował. Rozpoznawał też inne elementy rysunku, które wyraźnie świadczyły o tym, że jego brat Jasiek nie jest za bardzo zadowolony z rozpoczęcia roku szkolnego.
- ale dlaczego? - dziwił się Józek, który podczas wakacji często wspominał szkołę i najzwyczajniej w świecie tęsknił za nią. A gdy tylko nastał wrzesień cieszył się:
- będę odrabiał lekcje! - i nie dostrzegał, że w naszym domu był w swoim zachwycie osamotniony.
Po spotkaniu z wychowawczynią zmartwiło go tylko jedno:
- ja nie mam historii! A Jasiek w czwartej klasie miał!
Wiedziałam, że z bardzo dobrą pamięcią Józka nie wygram - musiałam pójść do piwnicy i wyciągnąć lekko zakurzony podręcznik Jaśka sprzed dwóch lat. Czytanie znacznie poprawiło nastrój Józkowi, a już następnego dnia czekała go jeszcze większa niespodzianka: oboje coś źle zrozumieliśmy i już dziś Józio będzie miał swoją pierwszą lekcję historii. Nic bardziej nie mogło ucieszyć. Nawet podśpiewywał sobie wczoraj na ten temat.
Nasz "człowiek na tak" nie zdenerwował się zmianami, których doświadczył pierwszego dnia szkoły: nowy wychowawca, nowi nauczyciele, nowe przedmioty lekcyjne, nowe sale nie zestresowały go. Szkoła pozostała ta sama, koledzy w większości - też, a wychowawczyni z lat wcześniejszych z uwagą wysłuchała jego recytacji: kto jest w klasie czwartej "a", kto jest w klasie czwartej "b" i kto jest w klasie czwartej "c". Józio mówiąc wpatrywał się uważnie w sufit i to też chyba jest jego sposób na ogarnięcie wszystkich zmian. Pani Dorotka na brak uwagi chłopaków ze swojej dawnej klasy nie może narzekać: odwiedzili ją od razu po rozpoczęciu roku szkolnego. Właściwie z rozpędu próbowali wejść do swojej dawnej sali. Widziałam, że Józio, gdy przechodzi obok tak dobrze znajomej mu sali dotyka lekko drzwi. Raz nie tylko dotknął, ale też otworzył i zajrzał do środka. Śmiał się potem sam do siebie, może wspominając to, co już było.
Józek, który jest na tak - raz stracił swoje opanowanie: gdy stanęliśmy przed łazienką, która według moich notatek miała być jego salą do języka angielskiego.
To go naprawdę zdenerwowało:
- zgubiliśmy się! - krzyczał
- ...ale przynajmniej wiemy, gdzie jest łazienka - próbowałam go pocieszyć.
Na szczęście wszystko się wyjaśniło i odeszliśmy od łazienki oznaczonej jako 22A i przeszliśmy do sali A22, w której rozpoczynała się lekcja.
Jakże mi brakuje tego bycia na tak!
Na razie mam inne doświadczenia. Denerwowałam się bardziej od Józka jego pierwszym dniem w czwartej klasie. Piętro wyżej Ela debiutowała w swojej pierwszej przedszkolnej grupie. Auto trafiło do mechanika już pierwszego dnia września. Nocami padały deszcze i wywoływały we mnie strach przed wszystkimi chorobami, które dopadną nas chwilę po tym, gdy już porządnie zmokniemy. W dodatku uparłam się, że już na samym początku i bez samochodu przewiozę całą wyprawkę przedszkolną dzieci.
Widok przedstawiliśmy zabawny: pchałam wózek, w którym siedziała Ela trzymająca mocno karimatę Staśka. Spod wózka wystawały torby z poduszkami i kocami do przedszkola. Staś dźwigał plecak z ubraniami na zmianę dla siebie i Eli. Do Józka plecaka wcisnęłam resztę. Ryza papieru ksero wieńczyła naszą wyprawę, ale kto ją miał i gdzie - tego już nie pamiętam. Jeśli dodam, że każde z moich dzieci ma teraz swój kluczyk do szafki i muszę to wszystko zapamiętać, to myślę, że zrozumiecie mój stan umysłu.
A jeśli chodzi o karimatę, to było tak, jak można było się spodziewać: Ela zrobiła karczemną awanturę, kiedy karimatę należało oddać do Stasia sali. Płakała tak rozpaczliwie, że kilkoro przechodzących rodziców zatrzymało się i pokiwało ze zrozumieniem głowami:
- jak ona tęskni za mamą!
Brakuje mi bycia na tak! Przez pierwsze dni przyprowadzałam dzieci do placówki rano, po kilku godzinach odbierałam Elę, a później jechałam po chłopaków.
Józek witał mnie stwierdzeniem:
- wszystko dobrze!
i ja też tak chcę powtarzać. Na razie biegam jak szalona po różnych instytucjach, bo wrzesień okazał się być miesiącem urzędowych niespodzianek: tylko wczoraj byłam dwa razy w ZUS-ie, w MOPS-ie i w Urzędzie Skarbowym.
Ale, ale .. w końcu udało mi się kupić nieosiągalny już prawie nigdzie pędzel do golenia, który wchodzi w skład wyprawki przedszkolnej Elusi. Pedzel ma służyć do tego, co Ela lubi najbardziej, czyli malowania swoich rączek farbami i dziś zawiozę go do placówki.
...czyli...ja też jestem na tak!

28 sierpnia, 2013

o autyzmie

Nadszedł czas na porządną, męską (powiedziałabym, gdyby nie to, że jestem kobietą) rozmowę o autyzmie. Nigdy wcześniej z Józiem tego tematu nie podejmowałam, bo nie pasował nam autyzm ani do świata wynalazków, ani do prehistorii - a to one przede wszystkim zajmują myśli Józkowe. Wytłumaczenie autyście, czym jest autyzm wciąż wydawało mi się zbyt abstrakcyjne.
Aż tu nagle Józek rozpoczął codzienne oglądanie filmu o dorosłej autystce Temple Grandin. I chociaż początkowo zainteresował go tylko i wyłącznie wynalazek stworzony przez Temple, to później przemyślał pewne rzeczy i przyszedł ze sformuowanym pytaniem do mnie.
- ja nie mam żadnego autyzma, tak? - zaczął tę męską rozmowę Józef.
- no - jakby Ci to powiedzieć... - zaczęłam się jąkać.
- nie mam autyzma! - odpowiedział sam sobie Józek i odszedł.
Kolejnego dnia film znów został włączony, a niektóre myśli i zachowania Temple niemal do złudzenia przypominały Józkowi o nim samym.
Józio natychmiast pojawił się u mnie:
- ja nie mam autyzma! Jestem zwykłym chłopcem.
Widocznie nadszedł już czas, żeby to powiedzieć i nie przejmować się zbytnio napadem złości, który już za chwilę miał się pojawić:
- masz autyzm, Józio - wyksztusiłam.
Napad złości i rozpaczy potrwał dłuższą chwilę.
- ale wygrałeś, chłopie! - dodałam.
Nie stosuję nigdy sformułowania: "wygrana z autyzmem", bo jakoś mi trudno to pogodzić z faktem, że z autyzmu się nie wyrasta.
Tylko, że Józio, który nade wszystko chce być zwykłym chłopcem, potrzebuje czasem słów, których kiedy indziej nie używam:
- wygrałeś, Józio! Bo autyzm to na przykład opóźniony rozwój mowy, a Ty już mówisz. Autyzm to problemy z odbiorem bodźców - można odbierać dźwięki jako zbyt głośne, a miękkie materiały odczuwać jako twarde. Miałeś z tym problem, ale ostatnio coraz mniej. Dziecko z autyzmem powtarza różne czynności, a Ty coraz częściej akceptujesz zmiany  i nie boisz się ich. Czyli masz autyzm, ale wygrałeś.
- no tak - ucieszył się Józek.
- A Igor też wygrał? - dopytał się jeszcze o swojego kolegę.
- tak - odpowiedziałam.
Józio zapytał jeszcze o innych kolegów, którzy nagle wydali mu się podobni do Temple Grandin.
Wszyscy w moich oczach wygrali i tak odpowiadałam.
Nagle spodobało mi się to słowo i wymieniałam coraz więcej autystów - zwycięzców, mówiących i niemówiących, z postępami i bez postępów, z regresami i bez regresów, z większymi problemami i bez większych problemów.
Jak dla mnie - sami zwycięzcy!

23 sierpnia, 2013

o pudełku po butach

Tuż przed lipcową wyprawą z obrazami Józka tysiące myśli kłębiło mi się w głowie, a większość z nich dotyczyła jednego pytania: - a co zrobimy, gdy nasze dzieci zachorują? Już w domu trudno jest opanować sytuację, gdy dzieci, najczęściej jedno po drugim, zaczynają chorować. Dom przypomina wtedy szpital, a ja zamieniam się w pielęgniarkę i w salową, taką z kilkudniowym dyżurem, bez zmienników. Przed nami był tygodniowy wyjazd - naprawdę wszystko mogło się wydarzyć. Postanowiłam zabrać ze sobą leki - na wszelki wypadek. Wszystko to, co mogło spędzić kilka godzin poza lodówką - czyli plastry, syropy, czopki i pigułki zapakowałam do pudełka po butach, które przez następny tydzień strzegłam przed wszędobylską Elą. Mamy już za sobą ubiegłoroczny pobyt Eli w szpitalu na płukaniu żołądka. Trzymanie tabletek wysoko na półce okazało się niedostatecznym zabezpieczeniem. Ela sprytnie wyciągnęła wszystkie szuflady w szafie tak, żeby utworzyły schodki, następnie wdrapała się i łyknęła to, co nie było dla niej. Resztę wyrzuciła pod regał. Nauczeni doświadczeniem leki trzymamy w miejscu, do którego na razie Eli nie udało się dostać - w szafce pod sufitem. Pudełko po butach z apteczną zawartością włożyliśmy do bagażnika dachowego razem z obrazami i rzeczywiście Ela podczas naszego wyjazdu nie dostała się ani razu do prowizorycznej apteczki.
Staś zachorował jako pierwszy. Już w nocy przed wystawą łódzką trochę kaszlał, budząc nas co chwila. W Manufakturze, gdy czekaliśmy na rozpoczęcie wystawy bawił się świetnie na ruchomych schodach z dziećmi i z tatą Oskara, nieocenionym wodzirejem wystawowym. Przyznam, że brakowało mi Ciebie - Sebastian - i w Opolu, i we Wrocławiu. Staś miał ze sobą okulary narciarskie, którymi błyskał i tu, i tam, z tej i z drugiej strony schodów ruchomych. Nagle zachorował, a nasza apteczka okazała się być niewystarczająca. Na szczęście wśród zwiedzających znalazła się mama, która wprawnym uchem Stasia osłuchała i przepisała nam leki. Staś już nawet nie podnosił się z krzesła, na którym leżał opatulony kocem przez Jaśka. I tak pierwsza wystawa była już za nami.
Jadąc w kierunku Wrocławia zobaczyliśmy, że Staś ma wysypkę. Pudełko po butach od razu zostało wyciągnięte z bagażnika, ale jedyne wapno, które posiadałam - dziecięce notabene - uczulało Stasia jeszcze bardziej. Dotarliśmy do małego miasteczka, w którym pizza kosztowała o połowę mniej niż u nas, a Józek mógł oglądać i komentować wszystkie etapy jej przygotowywania. Obok pizzerii była apteka dyżurująca w niedzielę. Staś rozsiadł się wygodnie na krzesełku i zgromadzonym ludziom, którzy podobnie jak my szukali ratunku w aptece, oznajmił:
- mam ospę!
Ospa to na szczęście nie była, a wysypka po najzwyklejszym wapnie znikła natychmiast. Pudełko po butach powiększyło swoją zawartość.
Podczas wystawy we Wrocławiu zachorowała Ela. Zwisała smętnie u taty na rękach, chociaż chwilę wcześniej biegała tak szybko, jak zawsze.
W Fundacji Promyk słońca szybko znaleziono nam lekarkę, która też była na wystawie. Osłuchała Elę, zleciła lek. Odwiedziliśmy aptekę i dołożyliśmy nowe opakowanie do poprzednich.
Po cichu żałowałam, że nie miałam w domu pudełka po kozakach zimowych, ale tak naprawdę do końca naszej wyprawy nikt już nie zachorował, a Ela i Staś już kolejnego dnia czuły się lepiej.
I jaki z tego morał?

21 sierpnia, 2013

o Warszawie po raz n-ty

O czwartej nad ranem czeka nas pobudka i kolejny w tym roku wyjazd do Warszawy. 
Tym razem zwiedzimy Muzeum Geologiczne, które od dawna wpisane było na Józkowej liście miejsc wartych obejrzenia. Podczas naszego ostatniego zwiedzania stolicy Muzeum było zamknięte, a nic bardziej nie zasmuca Józka, jak niedokończone sprawy.
Zastanawiam się teraz: co będzie dalej? Wejdziemy do Muzeum i tym samym wyczerpiemy wszystkie pomysły Józka dotyczące podróżowania. Być może nie będzie chciał więcej wsiąść z nami do auta, bo widział już wszystko, co chciał. A może pojawi się u niego nowa lista z nowymi miejscami i nową tematyką? Być może już jutro się dowiemy.

19 sierpnia, 2013

o zwierzętowym kocie

Wprost proporcjonalnie do upływających wakacji zanika w moim domu poprawna polszczyzna. Problem dotyczy na razie tylko moich dzieci, ale wiadomo, że kto z kim przestaje, takim się staje... jeśli zobaczycie za jakiś czas zupełnie nieczytelny wpis, będzie to oznaczało, że i mnie dotknęła ta przypadłość. Przykłady można by mnożyć, bo i musztarda okazuje się być robiona z ocetu, a w Krasiejowie moje dzieci widziały pawy, które chodziły po łące. Pogoda zagarsza się ostatnio - w ocenie mojego Staśka, a kolację dorośli ją, a nie - jedzą.
Czasem jedna z osób - błędnie używająca języka - poprawia drugą i tak powstaje nowomowa:
- dlaczego ten tam w środku chciał zdobyć dwie kielich?- pyta Józef podczas oglądania filmu o Indiana Jonesie.
- kielichy dwie - poucza go młodszy brat i - kurczę blaszka  - jak tak dalej pójdzie, to i ja za jakiś czas będę się przy tej formie gramatycznej upierać.
Wśród zwrotów nieznanych polonistom jest też zwierzętowy kot. Jestem prawie całkowicie pewna, że to określenie pojawiło się w drodze do Opola, przed lipcową wystawą. Zwierzętowego kota wymyślił oczywiście Józio, zdesperowany i bezradny wobec odgłosów miauczenia wydawanych przez Elę. Na szczęście dla Józka Ela odkryła windę w bibliotece, w której zorganizowano wystawę. Winda była ciekawsza od widoku zdenerwowanego brata, więc miauczenie natychmiast ucichło.
Uwolniony od uporczywego dźwięku Józio mógł w spokoju zająć się tym, co lubi najbardziej: czytaniem książek. Zorganizowanie wystawy jego prac w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Opolu zaplanowała i obmyśliła mama Antosia z blogu Pomóżmy Antosiowi, współpracująca z fundacją Prodeste. Miedzy terapiami i opieką nad dziećmi Gosia znalazła czas, żeby ustalić szczegóły z dyrekcją biblioteki, uzyskać patronat prezydenta miasta i wzbudzić zainteresowanie mediów. Dzięki temu wystawa przyciągnęła wiele osób.
Przy wejściu do biblioteki czytelników i gości witał plakat zapowiadający spotkanie z Józkiem.




Naszego artystę (mającego za sobą już cztery wystawy) nie przestraszyło ani nowe miejsce, ani tłum nieznanych mu ludzi. Oglądał z ciekawością ciasta na stolikach, a z rąk nie wypuszczał długopisu podpisanego jego imieniem i nazwiskiem, który sprezentowała mu jedna z uczestniczek wystawy. Z nosem w książkach czuł się prawie jak u siebie.

na zdjęciu Józek z Pawłem, którego znaliśmy do tej pory tylko wirtualnie
Gdy Józek przejrzał już książki przygotowane na stoliku poszedł poszukać następnych pozycji. Gdybyż tylko poinformował nas o tym - tak, jak go tego uczymy. Swoim zwyczajem jednak wstał - prawie nie zauważony przez nikogo - i poszedł do windy w tej akurat chwili nieokupowanej przez Elę. Szczęśliwie jego cichą wyprawę obserwowała Antosiowa mama, która zdążyła wsiąść, zanim drzwi windy zamknęły się. Minęli jedno piętro, potem drugie. Na kolejnym Józio powiedział, że niżej widział książkę o historii Polski i chciałby ją teraz zobaczyć. Jego tajemnicą zostanie, jak zdołał wypatrzeć tę książkę na oddalonych półkach podczas kilkusekundowego przejazdu windy przez piętro. Gdy zjechali Józio podszedł pewnie do półki i wyciągnął książkę, którą widział z daleka. Poprosił jeszcze o wizytę w dziale przyrodniczym, po czym wrócił na dół na wystawę.
Pewnie nie obyło się od kolejnego obejrzenia ciast, za którymi Józio nie przepada, natomiast zawsze zainteresowany jest proces ich przygotowywania. Ciasta specjalnie na wystawę przywiozła Ela - mama Pawła z blogu Inny, ale nie gorszy. Taka to już jest solidarność rodziców osób z autyzmem. Wśród gości krążyły też dziewczyny z blogu o Justynce, które przyjechały dla Józka - z daleka.

 



Goście nie chcieli nas wypuścić, a obrazy Józka podobały się tak bardzo, że nawet padła propozycja pozostawienia ich na dłużej. Wystawa miała jedna charakter objazdowy, więc tak, jak w Łodzi i we Wrocławiu po kilku godzinach spotkań z ludźmi zdjęliśmy obrazy ze ścian i zapakowaliśmy je w ochronne folie.
 

W tle zdjęcia widoczni są mistrzowie drugiego planu - nasz Staś i Hania, siostra Antka. Pod czujnym okiem ochroniarza i mamy Bogusi robiącej zdjęcia skrzętnie wyjęli kamień po kamieniu z dekoracji zdobiącej hall biblioteki. Przywrócenie wcześniejszego kamiennego ładu zajęło potem prawie dwadzieścia minut.


Józio pilnujący porządku i pory posiłków ciągnął nas już na zewnątrz. W pobliskiej restauracji zamówiliśmy naleśniki, które wróbelki próbowały wyskubać nam z rąk. Prawdziwą ucztę ptaki miały przy naleśniku Józia. Nasz spec od rysunku odmówił potrawy, której nadzienia nie znał, nazwał cały posiłek nudnym i nie przestawał mówić o pizzerii, która tylko on zauważył w drodze na wystawę. Widocznie już wtedy zaplanował sobie obiad, a naszymi naleśnikami z bitą śmietaną i owocami najzwyczajniej w świecie wytrąciliśmy go z równowagi.
...bo tak to już jest, jak przy każdej okazji powtarza nasz Józek - smakosz tego, co znane:
- pizza i spaghetti - to mój ulubiony posiłek!

14 sierpnia, 2013

o flakach z olejem

...czyli słów kilka o muzeach z pozycji mamy zwiedzającej z dziećmi różne miejsca.
Otóż zbyt wiele już widziałam w tym roku przybytków kultury, nauki i sztuki - podobnych do siebie, jak dwie krople wody. Szklane gabloty z eksponatami straszyły mnie nieraz ilością szczegółów i małymi literami opisów. Niechętne bileterki patrzyły na mnie zaskakująco podejrzliwie. Być może widziały we mnie to coś, co nie pozwala mi zaakceptować podstawowej zasady przeciętnego muzeum: "niczego nie dotykaj, niczego nie doświadczaj, a przy tym jak najwięcej się naucz!" Jeszcze trudniej jest mi ukryć zniecierpliwienie, odkąd zobaczyłam miejsce, z którego siłą trzeba było mnie wyciągać. Wszystkie inne muzea wydają mi się teraz straszliwą stratą czasu i przestrzeni - w porównaniu z tym Jedynym.
Oczywiście, że tym Jedynym jest Muzeum Powstania Warszawskiego. Jakżeby inaczej!
Tuż przy wejściu potknęłam się raz i drugi na granitowym bruku i to było to! Koniec ze śliskimi muzealnymi posadzkami - tu nawet podłoga idealnie oddawała klimat Warszawy z 1944 roku. Zaraz potem zobaczyłam serce Muzeum - wysoki monument, do którego przysuwaliśmy się blisko, żeby usłyszeć nawoływania ludzi, powstańcze piosenki i odgłosy wystrzałów. Obok zawieszonego bombowca Liberatora leżały paczki z pomocą - zrzucane dla walczącej Warszawy. Niby zwykła rzecz - to były puszki z jedzeniem - ale te najprostsze rzeczy czasem najbardziej pozostają w mojej pamięci. Chciałam biec wyżej, do następnych pięter i do kanału, o którym opowiadał mi Jasiek, ale ktoś musiał zostać z dziećmi w Sali Małego Powstańca. I tak pieczętowaliśmy zapamiętale wszystkie kartki napisem "Poczta Powstańcza", bawiliśmy się zabawkami - replikami z tamtych czasów, a gdy dzieci zajęły się sobą - czytałam zgromadzone w sali listy.
- gdybym była w powstańczej Warszawie, to byłoby moje miejsce, obok dzieci - przeszło mi przez głowę. To, co widziałam wokół było tak bardzo realne.
Oj, ciężko było mi potem wrócić do szarej, przeciętnej rzeczywistości muzealnej.
Odwiedzony wczoraj Grunwald wraz z Muzeum Bitwy pod Grunwaldem już mnie nie zachwycił. Po wejściu do środka stanęliśmy przed gablotami z bronią i manekinem w stroju rycerskim.
- czy ten człowiek jest z gumy, czy z plastiku? - zapytał mnie Józek scenicznym szeptem. Nie miałam - niestety - zielonego pojęcia. Gdybym tylko mogła pomacać tę wystającą z rękawa rycerską rączkę...
Stasia interesowało położenie Grunwaldu:
- czy ten Grunwald jest nad ziemią, czy pod ziemią? - pytał co chwila. Trochę czasu zajęło mi zrozumienie jego pytania, ale odkrycie tego, o czym pomyślał szalenie mi się spodobało. Skoro mówimy: "bitwa pod Grunwaldem", "jedziemy do Grunwaldu", "jestem w Grunwaldzie" - to ciekawy wszystkiego pięciolatek może nabrać pewnych podejrzeń co do wymowy. Staś nie byłby Stasiem, gdyby nie znalazł swojego rozwiązania i tak - według jego słów - wszyscy byliśmy tego dnia na Grunwaldzie.


Ela nudziła się w muzeum, dopóki nie zabrała Stasiowi miecza - zabawki. Mieczem zamachnęła się w stronę mojej głowy, przecięła powietrze obok nosa.
- proszę pani, a może pani mi powie, co mam zrobić, gdy siostra zabiera mi mój miecz? - zapytał Staś bileterki.
- nie wiem, dziecko, co Ty do mnie mówisz - odpowiedziała nieuprzejmie pani. Panią wytrąciła z równowagi dopiero wrzeszcząca Ela, pozbawiona oręża bojowego. Od razu usłyszałam typowe dla takich sytuacji burknięcie pani z muzeum oraz oczywiście kilka słów dotyczących charakteru Eli. Co ciekawe - naprawdę mnie to nie obeszło. Szkoda mi było mojego czasu na rozmowę z panią, wolałam zająć się Elizabeth. I dobrze zrobiłam: od mojej niesamowitej córki usłyszałam bowiem rzecz powalającą na kolana.
Otóż obok gablot z łukami ustawiono (właściwie dlaczego...?) obrazy współczesnego malarza. Zbiegiem okoliczności obrazy przypominały dzieło, które poprzedniego dnia Ela namalowała na swoim ubraniu, ścianie, ławie oraz nogach. Tak samo grubo położona farba, która zastygała spływając.
Ela za swoje dzieło usłyszała ode mnie kilka przykrych słów, a teraz stała, jak wryta, przed wiszącymi obrazami.
- fuj! ble! - jak prawdziwy krytyk podparła się pod boki - nu! nu! - karzącym palcem pomachała w stronę niewidocznego autora obrazów.
To mi wystarczyło! Żeby zobaczyć coś takiego, warto było przyjechać do Grunwaldu!
Wracaliśmy do samochodu przez pola, na których stoczono kiedyś znaną bitwę. Chyłkiem ominęliśmy wątpliwą okazję za jedyne sześć złotych sfotografowania się na koniu w ubraniu bojowym. Ciekawa jestem, co moje dzieci najbardziej zapamiętały z naszej wycieczki?