11 lipca, 2013

o drugim dniu wyprawy: wspierająca Łódź

Niesamowita pani Malinowska i jej szafa zdolna pomieścić wszystkie zagubione rzeczy - to tylko jedno z naszych rodzinnych powiedzonek. Pisałam już kiedyś o tym, gdy kolejny raz nasze dzieci poszukiwały swoich niedbale odłożonych książek, zabawek, piórników.
- w szafie u pani Malinowskiej, to wszystko jest w szafie u pani Malinowskiej! - od lat odpowiadam na pytania w rodzaju "a nie widziałaś gdzieś...?"
Na czas jazdy samochodem mamy kolejne powiedzonko:
- stówą, panie kustosz! - to zdanie powtarzają nasze dzieci, nawet jeśli niektóre z nich nigdy nie słyszały o przygodach pana Samochodzika ani o jego tajemniczym wehikule. W drodze do Łodzi często zdarzało nam się, niczym pasażerom pana Tomasza, wołać: "stówą, panie kustosz", podczas gdy samochód w małych miejscowościach i tak zwalniał.
Dzięki Robertowi, tacie Oliwiera, mamy kolejne powiedzonko, którym już na pewno będziemy rozpoczynać każdą kolejną sobotę.
- sobota - imieniny kota! - zawołał Robert przy śniadaniu, siedząc na wysokim stołku i patrząc na krążącą po mieszkaniu sześcioosobową rodzinę Budnych, czteroosobową własną rodzinę, psa i kota.
- mamo! - zawołał uradowany Staś - kot, u którego mieszkamy, ma dziś imieniny!
Ela nic nie powiedziała, ale na pewno starała się kotu urozmaicić dzień jego imienin. Oraz dzień poprzedzający imieniny. I dwie noce.
Pokochała kota wielką i nieodwzajemnioną miłością. Nie zważała na nasze prośby:
- zostaw tego kota w spokoju!
Nie przestrzegała granic wyznaczonych przez małą Maję, córkę Pauliny:
- to je moja kota!

Ela złapana na gorącym uczynku

Ela była wszędzie tam, gdzie kot. Sprawdzała jego zdolności ewakuacji zamykając go w namiocie. Interesowało ją to, czy kot długo wytrzyma kręcąc się w zamkniętej zabawce.
Utrwalała dzięki niemu nowe słowa:
- gogon! - wołała, gdy kot chował się przed nią do szafy, a ona trzymając go za ogon wyciągała go stamtąd. Wpełznięcie pod koc też nie na wiele się zdało, nic nie mogło ujść uwadze Eli - prawdziwej fanki.
- miau, miau! - krzyczała rozradowana i w dzień i w nocy.
Gdyby tylko rozumiała, że w niedzielę wyjeżdżamy z Łodzi, serce by jej pękło.
Staś nawet nie myślał o wyjeździe:
- zostajemy tu na dziesięć dni, prawda? - pytał bardzo zadowolony z pobytu.
Podobnego zdania był Oliwer, który siadał przeważnie obok Józka, rano przybiegał do pokoju zobaczyć, co robi Józek, a po naszym wyjeździe chętnie oglądał telewizję łódzką i film z wystawy, podczas której Józek mrugnął do kamery i pokazał, że wszystko jest w porządku!
Wszystko było tak, jak to Józek pokazywał: w jak najlepszym porządku.
O wystawę nie musieliśmy się martwić. Szymon razem z chłopakami z Fundacji JiM zadbali o całą organizację. Jedynie rano spotkaliśmy się w Manufakturze, żeby ustawić w odpowiedniej kolejności obrazy. Miałam okazję zobaczyć Manu jeszcze bez tłumów ludzi: z kolorowymi stojakami na rowery, z koszami na śmieci ozdobionymi napisami, z piaskiem i palmami na dziedzińcu. Obrazy zostały przykryte materiałami i tak czekały do godziny rozpoczęcia wystawy.


Dobrze, że chociaż z niektórymi rodzicami mogliśmy dzień wcześniej porozmawiać. Inaczej pozostałby nam niedosyt - podczas wystawy czasu na spotkania i rozmowy tak naprawdę było już niewiele. Pamiętam, że Sebastian, tata Oskara, ze swoimi dziećmi i naszym Staśkiem (w wielkich okularach narciarskich za złotówkę z ciucholandu) po raz kolejny weszli na schody ruchome, mijając zaskoczone panie z kosmetycznego stoiska - i już wystawa rozpoczęła się.


Tomek z Fundacji opowiadał o tym, jak Józek rysuje w powiększeniu swoje prace, a my widzimy je dopiero po zmniejszeniu poglądu. Ja mówiłam o stereotypach na temat autyzmu, które Józek nieraz już przełamywał, także tym przyjazdem. 


Ciekawa byłam tego, co Józek powie do mikrofonu:
- pięć punktów: punkt pierwszy jest tutaj, piąty punkt jem lody - zawołał głośno i już wszyscy wiedzieli, dlaczego nasz Józek jest tak zdyscyplinowany - zbierał po prostu punkty za dobre zachowanie, a w nagrodę miał dostać lody.

klatkowane przez Jaśka

uchwycone przez Jaśka

Oczywiście nie zawsze pomysł z pięcioma punktami zadziała. Dobry humor Józka skończył się od razu, gdy po zjedzonych lodach pojawiło się zmęczenie.
- fajnie było, prawda - Józio?
- tak, ale czy mogę coś powiedzieć? jechamy dalej!
Chętnie siedziałabym dłużej z innymi rodzicami i z ludźmi z Fundacji na dziedzińcu Manufaktury, ale Józek wciąż powtarzał:
- jechamy dalej.
Paulino- mamy chociaż jedno wspólne zdjęcie!

pamiątka z Łodzi, chociaż wyglądamy jak na plaży

"Dalej" - oznaczało wyjazd do parku z dinozaurami między Opolem a Wrocławiem. Tylko obietnicą, że na pewno odwiedzimy dwa parki z dinozaurami udało nam się przekonać Józka do wyjazdu na wystawy. Teraz nie przyjmował do wiadomości tego, że zostajemy jeszcze na jedną noc w Łodzi i nie śpieszy nam się, by zobaczyć ścieżkę dydaktyczną z dinozaurami.
Obrazy miały zostać do godziny 22.00 i dobrze, ze tak się stało, bo już po naszym wyjściu do Manufaktury przyjechali jeszcze m.in. Mariusz, tata Dominika, który nieraz pisał komentarze na blogu i mama Aspika, która pociągiem pokonała 90 kilometrów po to, by zobaczyć wystawę Józka (blog aspikowy).
Zmęczonemu i rozdrażnionemu Józkowi wystarczy czasem jedno słowo, żeby zupełnie być wytrąconym z równowagi. Tak było i teraz, gdy Jaś powiedział wskazując na jakiś sklep:
- nie pójdziemy tam, bo nie mamy pieniędzy.
Nie wiem, jaki obraz pojawił się w Józia głowie, ale na pewno dotyczył sytuacji, w której zostalibyśmy pozbawieni zupełnie środków do życia:
- będziemy musieli jeść buty! - krzyknął z rozpaczą, złapał za swój sandał, już wcześniej zdjęty i ugryzł go. Oczywiście nie żartował.

chwila przed nadgryzieniem
Udało nam się przeprowadzić go przez ścianę dźwięków z najbliższej sceny muzycznej i dotrzeć do samochodu. Już beze mnie pojechali do domu Pauliny, gdzie tata Józka przygotował super pizzę. Ja wróciłam do znajomych, mając obłęd w oczach.
- macie buty na nogach? - zapytałam dziwnie, ale moje zmęczenie wiele tłumaczyło.
Droga do Fundacji była moim czasem odpoczynku.
Widziałam pałac Herbsta, lofty łódzkie. Miałam świadomość, że Łódź poznam tylko z okna samochodu. Z Józkiem nic nie zwiedzę - nie był to czas na to.
Obłęd w moich oczach zniknął i mogłam spokojnie wejść do siedziby Fundacji. To znów był dla mnie czas - na bardzo wspierające rozmowy.
Obrazy już w nocy pakowali Szymon z Jarkiem i wolontariuszami. Ja próbowałam uśpić Elę, która ciągle wołała zza zamkniętych drzwi kota.
Rano wyjeżdżaliśmy do Ani do domu pod Wrocławiem.
cd już niedługo

(Dziękuję Wam bardzo: Paulino i Robercie - za rodzinną atmosferę. Sylwio - za ciepłe słowa. Tomku, Szymonie, Marcinie, Michale - za wystawę. Wszyscy- za Wasz czas)

17 komentarzy:

  1. Za tydzień w Manufakturze będzie wioska Smerfów! Przyjeżdżajcie! ;)
    Katarzyna W.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wiem,wiem, niedosyt spotkań pozostał...
      ja też tak czuję. Józka wołami nawet w tej chwili nie wyciągnę z domu.
      On już ma wyjazd za sobą -siedem dni i wystarczyło mu -zupełnie.
      Ja bym nawet dziś do Was pojechała.

      Usuń
  2. No cóż wizja "wielkiego głodu" spowodowała tak desperacki czyn jak zjadanie własnego buta ;)
    nawet powrót do domu boso okazał się mniej straszny niż brak jedzenia :))))))) :W:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Józek przed wyjazdem oglądał jakiś historyczny film o pionierach ze Stanów Zjednoczonych. Ciężko u nich było, możliwe, ze coś o butach pokazali- skórzanych i Józek od razu przerobił to na konkretny obraz. Tylko, że jego buty, tfu, skórzane nie były wcale.

      Usuń
  3. ledwie udało mi się ten tekst napisać i mam wrażenie, że wszystkiego nawet nie umieściłam: spojler wystawowy, czyli dwa obrazy pokazane przed wystawą w prywatnym gronie, Sebastian mówiący, że dobrze, że nam Józek zostawił dużo miejsca na ewolucję na rysunku, Staś, który nagle zachorował i pomoc Joanny itp, itp
    od kilku dni Jarek już jest w pracy, zostałam w domu z dziećmi i ogarnięcie ich wszystkich wywołuje moje chroniczne zmęczenie. Szukam jakiegoś rozwiązania, bo przestaję powoli ogarniać i porządek w domu i spacery z dziećmi, z których każde chce iść w innym kierunku, albo nie wychodzić wcale. I obiady, i porządek w domu, bo dość szybko znika.
    Teraz napisałam już posta, korzystając z tego, że Jarek zabrał dzieci na podwórko. Pędzę do sprzątania, zanim przewrócę się o jakieś zabawki!

    OdpowiedzUsuń
  4. Pięknie- napiszę tylko tyle, chociaż wydawało mi się, że to gdzieś nad morzem ;-), a nie Łódź
    cieszę się, że wystawa w Łodzi była tak wspaniała w oprawie i zaangażowaniu Ludzi :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. taki to niesamowity pomysł miała Manufaktura: plaża na dziedzińcu. Aniu jeszcze raz wszystkiego najlepszego dla Madzi- solenizantki

      Usuń
  5. Oj było fantastycznie, a dzisiejszy telefon, gdy właśnie Was wspominaliśmy to jakaś wielka telepatia :)

    A plaże mamy fajną tylko morza brak hahaha

    Zdjęć też się pare wspólnych trafiło, ale tylko te z imprezy bez dzieci :P

    Najważniejsze, że nie były to najgorsze wakacje na świecie :D

    Do szybkiego zobaczenia kochani !!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zupełnie zapomniałam o tym wieczornym martwieniu się Józka i powtarzaniu, że to najgorsze wakacje świata- na szczęście szybko mu przechodziło

      Usuń
  6. Może Józio widział "Gorączkę złota"?
    Nowe słowa Eli i az dziw,że Staś nie zwołał więcej gości na imieniny kota:)
    Cała ta wyprawa -niesamowita:)Małgorzata:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. na pewno oglądał film o pionierach ze Stanów Zjednoczonych - głodu i biedy doświadczyli- czy buty jedli?- na pewno Józio sam tego nie wymyślił
      Staś rzeczywiście- zawsze radosny, gotów gości zaprosić, chociaż sam w gościach
      już kilka dni minęło od przyjazdu, a ja jeszcze się cieszę tym, że wyjechaliśmy

      Usuń
  7. Bardzo się cieszę, że tyle ciepła i zyczliwości doświadczyliście :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. podobne problemy i już nie mogliśmy się nagadać. Do tej pory podziwiam Paulinę, że przyjęła do siebie szóstkę Budnych. A że wypuścić nas też nie chcieli- tzn, że gościnni są i już

      Usuń
    2. Ależ ja za Wami ogromnie tęsknię :)

      Usuń
  8. W związku z tym że nie udało wam się zwiedzić Łodzi zbyt dokładnie musicie tu jeszcze koniecznie wrócić. Szkoda że nie trafiliście akurat na taką akcję jak była rok temu. Województwo Świętokrzyskie promowało się w Manufakturze i było też kilka dinozaurów, może wtedy Józek nie spieszył by się tak aby jechać dalej:-)

    A my, wszystko jak na razie na to wskazuje, też w połowie sierpnia udajemy się w podróż, i to w Wasze strony bo w okolice Morąga i jeziora Narie. Mam nadzieję że Dominik się wyjeździ za wszystkie czasy i odpuści mi trochę po powrocie wieczorne wycieczki:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tym razem w Manu były wybory miss - mało ciekawe dla Józka, który po uzbieraniu 5 punktów za dobre zachowanie na wystawie szukał już tylko okazji do ucieczki.
      Kiepsko zwiedza się z Józkiem, ale o tym już będzie więcej ostatniego dnia wyprawy- jak staliśmy przed kopalnią srebra i musieliśmy zrezygnować
      Morąg- to już rzut beretem- może wpadniecie do nas?posprzątam!

      Usuń
    2. Faktycznie do Olsztyna nie daleko, na chwilę obecną ciężko mi coś zadeklarować, myślę że dopiero będąc na miejscu będziemy wiedzieli na czym stoimy. Ale chęci mam.

      Mamy być tam w terminie 10 - 17 sierpnia. Zabieramy ze sobą internet więc cały czas będziemy mieli kontakt ze światem, a świat z nami.

      Co do sprzątania to nie ma potrzeby, moja tolerancja w tym zakresie jest praktycznie nieograniczona. W ogóle jestem człowiekiem, któremu bardzo nie wiele rzeczy przeszkadza:-)

      Usuń