19 lipca, 2013

o golonce - między innymi...

- g-o-l-o-n-k-a - tak Józio przesylabizował zauważony w sklepie napis. Wakacyjne przedpołudnie spędzałam z czwórką moich dzieci w kolejce do działu mięsnego.
- a golonka - to ssak, czy ptak? - zapytał konkretny Józef.
- to mięso jest ze świni - pokazałam mu obrazek nad ladą chłodniczą. Na rysunku świnia została podzielona na kawałki - fachowo opisane w celu rozwiania wątpliwości wśród kupujących. Dla Józia rysunek stał się pożywką do dalszych pytań:
- a gdzie jest głowa tej świni? - rozglądał się uważnie i szukał łba pomiędzy szynką i łopatką.
- czy ta pani go odcięła? - pokazał na niespodziewającą się niczego sprzedawczynię.
- gdzie go odłożyłaś, pani!? - pytania płynęły już jak rzeka.
Oprócz sklepu mięsnego podczas naszych wakacji odwiedzamy place zabaw, choć rodzi to wyjątkową niechęć Józka. Zmuszony do opuszczenia domu i przejścia  choćby krótkiej trasy głośno protestuje lub próbuje nagiąć rzeczywistość do swoich potrzeb. Czasem kuszę go propozycją nie do odrzucenia - w moim oczywiście mniemaniu:
- zbieraj się, Józku, idziemy na największy plac zabaw w Olsztynie!
Józek wygląda wtedy przez okno i mówi:
- to jest największy plac zabaw!
Szybko wybiega na nasze podwórko, huśta się na jednej z dwóch huśtawek, zjeżdża na jedynej zjeżdżalni i już jest z powrotem w domu.
Jeśli jednak próbujemy wyciągnąć go na dłuższy spacer możemy narazić się na niespodziewany napad żalu i gniewu, słyszalny nawet obok podwórkowego śmietnika.
Upominam go wtedy:
- Józek - ćwiczymy ton głosu, mów ciszej, nie krzycz, słyszałam Cię dzisiaj, gdy wyrzucałam śmieci!
- przepraszam! - krzyczy w odpowiedzi Józek, wkładając w swoje przeprosiny prawdziwą moc i siłę.
Gdy jest cieplej, najłatwiej jest namówić Józka na wyjazd nad jezioro. Wtedy problemy zaczynają się z innej strony:
- jest mi już tak gorąco - woła Staś, gdy mozolnie idziemy w stronę jeziora - o tu, obok oka jest mi gorąco!
- popatrz Stasiu - próbuję odwrócić jego uwagę - jaki ciekawy kamień! Tylko z jednej strony jest czerwony!
- to chyba przez upał zrobił się czerwony - orzeka Staś i idzie dalej, narzekając na pogodę.
Na wszystkie komplementy, typu: "jaki jesteś opalony!" odpowiada:
- tak, niestety. Tzn, że jestem spalony, tak?
Czasem pogoda jakby na życzenie Stasia zmienia się i zaczyna padać deszcz. Najczęściej wtedy, gdy jesteśmy już umówieni z Igorem na odwiedziny w jego ogrodzie.
- o, jaki duży kałuż! - zaobserwował ostatnio przez okno Józek. Obok ogromnej kałuży potoki wody płynęły osiedlowymi alejkami, a wieczorem dowiedzieliśmy się o zniszczeniach, jakie w mieście wywołała ulewa.
Podczas deszczu kłótnie pomiędzy moimi dziećmi nasilają się i trwają pomimo poprawy pogody.
Od razu przypomina mi się nasz piąty dzień wyprawy z obrazami, który był dniem kłótni i kryzysów.
A zaczęło się wszystko spokojnie - wyjechaliśmy w stronę Wrocławia bez żadnych problemów. Wyściskał nas na pożegnanie tata Magdy. W aucie opowiadaliśmy sobie o wczorajszym dniu, który chłopcy spędzili z tatą w górach, a ja z najmłodszymi na wypoczynku w domu Ani i na malowaniu jej samochodu.


 
Jechaliśmy do Wrocławia na wystawę współorganizowaną z Fundacją "Promyk słońca". 
- koniec trasy  - obwieścił nam nagle głos z nawigacji, chociaż nie staliśmy wcale przed budynkiem Fundacji. 
Zawróciliśmy i obejrzeliśmy przy okazji piękny wrocławski dworzec, który wiele zyskuje po porównaniu go z olsztyńskim. Nadal krążyliśmy, mimo wskazówek czekających na nas pań z Fundacji. Na szczęście wystawa miała rozpocząć się dopiero za dwie godziny.
Już na miejscu rozstawiliśmy obrazy na sztalugach i usiedliśmy z dziećmi w sąsiednim pokoju. Ela natychmiast wylała na siebie wodę z automatu, który stał w pomieszczeniu.
Zeszłam na dół po ubrania dla Eli, a w tym czasie malutka wymknęła się tacie i chłopcom i spacerowała po piętrze budynku. To wystarczyło, żeby mnie wtrącić z równowagi. Wyszłam do przybyłych gości, stanęłam obok rodziny wśród gospodarzy z Fundacji, ale niepokój pozostał. Rozglądałam się szukając znajomych twarzy: wypatrzyłam Anię M. z synkiem, pojawiającą się w komentarzach bloga. Poznałam też panią Grażynę, prowadzącą stronę "Życie z autyzmem". Pojawiła się też mama Adasia i oczywiście Ania A. z Magdą.
Gdy opowiadałam o obrazach Józka, Ela nagle zachorowała. Z wysoką gorączką leżała na rękach taty. Dotarłam do ostatniego obrazu, pożegnałam się i pobiegłam w stronę Jarka. Czekałaby nas wyprawa w obcym mieście w poszukiwaniu lekarza, gdyby nie pomoc pani doktor z Fundacji, która obejrzała gardło Eli.
- angina! - padła diagnoza.
Józek, który oczywiście wyczuwa wszystkie sytuacje kryzysowe nagle powiedział, że jest zmęczony i już nigdy nie narysuje żadnego więcej obrazu!
Ela zwisała na rękach Jarka, Józek tupał mocno nogami - w takich nastrojach poszliśmy szukać czegoś do zjedzenia. Pamiętam, jak przez mgłę, wielkie akwarium z rekinem w centrum handlowym. Rozmawiałam przez telefon, próbując załatwić jakąś sprawę jeszcze z Olsztyna. Obiad wystygł i pogłębił we mnie tylko odczucie zmęczenia dniem.
Pakowanie obrazów Jarek zaczynał już opanowywać do perfekcji. Owinięte w folię prace znalazły się w bagażniku. Wcześniej mieliśmy w planach obejrzenie pokazu fontann wrocławskich, ale wszystko zmieniła choroba Eli. Pożegnaliśmy się z ludźmi z Fundacji i Anią, która specjalnie przyjechała z Magdą na wystawę. Stanęliśmy w olbrzymim korku, próbując wyjechać z Wrocławia. Przed nami była droga do Opola.
chwila przed wystawą: zdjęcie z fanpage "Życie z autyzmem"


zdjęcie: p Grażyna

zdjęcie Ania A


p. Grażyna


jedne z ciekawszych sztalug, jakie do tej pory mieliśmy

Józek podejmuje decyzję o zaprzestaniu rysowania

obraz z nogą Józka w tle




pożegnalny taniec z Magdą





jeden z krasnali wrocławskich


Zdjęcia - moje, pani Grażyny prowadzącej fanpage "Życie z autyzmem" na Facebooku, Jaśka i Ani z blogu "Magdalena i jej życie".

cd oczywiście wkrótce

5 komentarzy:

  1. Buziaki od Madzi- czytałyśmy razem- i Madzia zawołała: Pokaże Józia :-)
    buziaki na nowy dzień, dziękuję Wam Kochani za ten wspólny czas :-)
    Czytając ten wpis, mimo że było to już jakiś czas temu "oddałaś" ten kryzys tamtego dnia
    krasnal nazywa się Promyk - tęsknimy za Wami, Magda posyła szczególne buziaki dla Jarka :-))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ania to była czysta przyjemność przebywanie z Wami- jedziemy przecież na jednym wózku - po pobycie u Was jestem pełna podziwu dla Waszej pracy terapeutycznej z Magdą -a nie jest to proste

      Usuń
  2. Kurcze feluś,za sprawą Stasia wyczuwam w tym poście powiew Dalekiego Wschodu :) Otóż,podobno w Japonii jest taki zwyczaj,że jeżeli powiemy komuś starszemu,że świetnie się trzyma i nie wygląda na swoje lata,to jest to odbierane jako obraza i przejaw złego wychowania.Do dobrego tonu należy zawyżanie wieku o kilka lat.Więc w tym tym wypadku, aby sprawić Stasiowi przyjemność komplementem,trzeba chyba po prostu pod niebiosa wychwalać jego bladość :D:D:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a jak jeszcze zna się Stasia to już zupełnie człowiek pęka ze śmiechu nad gorącem obok oka i spalenizną skóry, tfu-opalenizną

      Usuń