07 sierpnia, 2013

o Huraganie i innych zjawiskach nie tylko pogodowych

Dworzec w moim rodzinnym mieście zdecydowanie nie jest atrakcją regionu. Szary, prostokątny budynek potrafi przytłoczyć, ale zupełnie nie przeszkadzało mi to w dniu, w którym wracałam ze szpitala do domu. Z Elą już od kilku stacji wypatrywałyśmy znajomych twarzy - w końcu zobaczyłyśmy ich! Oczywiście Józek, Jaś i Staś wyglądali na wyższych, niż przy pożegnaniu kilka dni wcześniej - tak jakbyśmy nie widzieli się rok albo i dłużej. Pierwsze słowa Józka do mnie padły jeszcze na dworcu:
- pokaż zdjęcia, które zrobiłaś!
Pokazałam mu trzy zdjęcia z wyjazdu, które miałam w telefonie komórkowym: Ela pijąca sok, śpiąca Ela i Ela zapatrzona w warszawską fontannę.


Józio popatrzył na mnie trochę zdziwiony: przejechałyśmy tysiąc kilometrów, byłyśmy na kilku różnych dworcach, jechałyśmy pociągami, tramwajami i autobusami, byłyśmy w Warszawie, Katowicach i Chorzowie - a ja zrobiłam tylko trzy zdjęcia?
Otóż każdy, kto zna Elę noszącą przydomki El'Huragan i Błyskawiczny Blond dobrze wie, dlaczego to były tylko trzy zdjęcia.
Nie myślałam o zdjęciach, gdy Ela podczas podróży z uśmiechem nacisnęła jakiś niewidoczny dla innych guzik i wyłączyła zamrażarkę w sklepie. Zapadła nagła cisza, którą na szczęście przerwał hałas ze strony mrożącego sprzętu. To Ela włączyła zamrażarkę z powrotem.
Nie zdołałam zrobić ani jednego zdjęcia w Katowicach, które przywitały nas prawie 40 stopniowym upałem i rozkopanymi ulicami. Najpierw przykleiłyśmy się do asfaltu, później Ela oparzyła się oparciem ławki, na której usiadła. Nie zrobiłam zdjęcia, gdy stałyśmy wraz z innymi ludźmi na środku ulicy, chroniąc się przed słońcem. Biegałam za Elą, która próbowała być w kilku miejscach jednocześnie i powtarzała nowe słowo:
- cień!
Wróciłyśmy na rozgrzany chodnik dopiero, gdy nadjechał autobus, ale nawet wtedy nie udało mi się zrobić żadnego zdjęcia. Skupiłam się na podawaniu Eli kolejnych butelek z wodą i odciąganiu jej od przycisku z napisem "drzwi".
Ela była coraz bardziej zdenerwowana: mocno i uporczywie naciskała na przycisk, ale nie przynosiło to efektów - drzwi nie otwierały się, a kierowca autobusu coraz bardziej chichotał. Później popatrzył na mój plecak, torbę, torebkę i przede wszystkim na Elę i zawiózł nas pod drzwi szpitala, chociaż nie było tam przystanku.
Nie zrobiłam Eli zdjęcia na izbie przyjęć, gdyż próbowała sforsować drzwi wyjściowe.
Nie zrobiłam zdjęć bransoletce szpitalnej na małej rączce. Pierwszą bransoletkę z imieniem i nazwiskiem Ela zdjęła od razu po założeniu, jeszcze na izbie przyjęć. Ze zdjęciem drugiej - mocno zaciśniętej - poczekała do momentu, gdy pielęgniarka odprowadziła nas na miejsce i odeszła. Wtedy Ela pozbyła się paska bez żadnego problemu.
W szpitalu zrobiłam jedno zdjęcie śpiącej Eli - rzadki to był widok i godny uwiecznienia.


Gdy nie spała, próbowała dzwonić co kilka minut z aparatu telefonicznego zawieszonego na ścianie korytarza - akurat na jej wysokości. Już przy wejściu na oddział zorientowała się, że nie sięgnie do przycisku, który otwierał drzwi. Odtąd, pozorując zabawę, nasłuchiwała kroków na korytarzu. Z każdą wychodzącą osobą próbowała niepostrzeżenie opuścić oddział, a złapana - od razu biegła w stronę aparatu telefonicznego i żaliła się do słuchawki. Kroki ludzi słyszała mimo zamkniętych drzwi - i to daje mi do myślenia: czy jej potrzebne jest badanie słuchu?
Czasem biegła w drugą stronę, by odwiedzić sąsiedni oddział. Złapana zawracała w stronę aparatu telefonicznego.
W biegu za Elą mijałam mamę autystycznego chłopca. Machałyśmy do siebie z różnych końców korytarza, ale nie udało nam się dłużej porozmawiać.
Nie robiłam zdjęć, gdy Ela zostawała z zaprzyjaźnioną Basią i jej córeczką. Próbowałam wykorzystać te chwile na prysznic - jednak moja córka nie dała się wyprowadzić w pole. Szybsza niż strzała wybiegała ze świetlicy i już za chwilę waliła w drzwi łazienki, wywołując mój popłoch.
Mało spałyśmy w szpitalu, bo temperatura w pokojach - mimo nocy - sięgała do 33 stopni. Ela brakiem snu nie przejmowała się zbytnio. Gdy inne dzieci po rezonansie spały kilka godzin, Ela obudziła się od razu po badaniu. Gdy inni odczuwali zawroty głowy i odpoczywali po podanym znieczuleniu, Ela ćwiczyła wspinaczkę po poręczy i zjazd z łóżka.
Nie zrobiłam Eli zdjęcia, gdy przygotowywałam ją do rezonansu magnetycznego. Pacjentka miała nie jeść i nie pić siedem godzin przed badaniem i dwie godziny po wszystkim. Kto pomyślałby, że wytrwamy dzięki słabej jakości zdjęciom z mojego telefonu komórkowego? Oglądałyśmy Stasia w skrzynce na głowie, znajomy bałagan i Elę, która w wielkanocny poranek biegała z balonem po śniegu. Jeszcze tylko zdjęcie transparentu z napisem "witamy Elę" - zawieszonego od razu po jej narodzinach - i już wezwano nas do gabinetu.
Jakaś kobieta przeszła obok nas z butelką soku. Ela od razu zaczęła krzyczeć. Uciszyła ją dopiero opowieść o owadzie, który właśnie poderwał się z okna i odleciał. Była to oczywiście mucha, która według moich słów leciała teraz do Stasia. Staś nawet nie wiedziałby tego, że mucha przeleciała aż tyle kilometrów i że Ela tego dnia też ją widziała. A mucha ...
...nie wiemy, jakie plany miała mucha, bo Ela właśnie dostała znieczulenie.
Po rezonansie Huragan walczyła z kroplówką. Jeszcze tylko dwie godziny musiała wytrzymać bez jedzenia i picia, a ja dla towarzystwa razem z nią. Tym razem pomógł krótki film nieznanego mi autora. Oczywiście film znalazłam w zasobach mojego telefonu. Przedstawiał Elę w łodzi wykonanej z wanienki niemowlęcej. Napis stwierdzał, że jest to statek piracki, a chusta z czaszkami na głowie Eli to potwierdzała. Statek popychał Jaś w stosownym przebraniu, a Ela pomagała mu w skupieniu machając drewnianą łyżką podobną do wiosła.
Tuż po jedzeniu i piciu czekały na nas informacje o następnym badaniu: eeg. Tym razem miałyśmy nie spać do północy, potem obudzić się o piątej nad ranem. Wszystko to było po to, żeby Ela mimo założonego czepka na głowie zasnęła podczas badania o 8.00. Coś wisiało w powietrzu i wiele osób nie mogło tego wieczoru zasnąć. Cała brygada dzieci odwiedzała kolejne sale i świetlicę, później zostali już tylko ci, którzy tak, jak my, musieli czekać do północy. Kilka minut przed 24.00 Ela zasnęła. Wtedy zerwał się wiatr, który porywał przedmioty i uderzał nimi w samochody i w budynki. Czekała mnie kolejna noc bez snu i zmaganie się poranne z Elą, która - wierzcie lub nie - była oburzona pobudką o piątej nad ranem. Pewno śniło się jej coś przyjemnego, bo popatrzyła w okno i markotnie powiedziała:
- nie ma Tasia!
Jarek denerwował się tym, że nie dzwonię zbyt często do domu. Moje koleżanki martwiły się tym, że nie odzywam się do znajomych. Zawsze w biegu, gdzieś pomiędzy przyciskiem do drzwi, a aparatem telefonicznym marzyłam o tym, żeby spać długo i mocno, a rozmowy przełożyć na później.
Pierwsze obserwacje lekarzy wykluczyły padaczkę, natomiast wynik rezonansu zaskoczył mnie: okazało się, że Ela ma przestrzeń w mózgu wypełnioną płynem. Dokładny opis tej torbieli zostanie nam wysłany do domu po konsultacji z profesorem, który w Chorzowie opisuje wyniki. Na razie mamy obserwować Elę, powtórzyć za jakiś czas badanie, nie martwić się tym - bo nie jest to groźne i mieć nadzieję, że płyn wchłonie się.
cd nastąpi

30 komentarzy:

  1. oj Bogusiu nie masz szans na nudę w życiu, już dzieci zadbają o Twoją kondycję i figurę ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak zawsze - opis totalnego hardcoru podany w sposób zdystansowany i niemal przyjemny. Bogusiu jesteś mistrzynią nadawania rzeczywistości ogłady :) I cieszę się że z Elą jesteście spokojniejsi. Pozdrawiam chociaż wirtualnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hihihi- dzięki- będę sobie to powtarzać przy następnych hardcorach

      Usuń
  3. Ela swoim pędem "kogoś" mi przypomnia :]Czy te objawy,np nadpobudliwosc spowodowane są tymi torbielami?ekko

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj mi też przypomina - podobieństwo i do Józka i Emila:) lekarz powiedział mi, że ta torbiel nie wpływa na problemy Eli, ale tak ogólnie torbiele mogą wywoływać i opóźniony rozwój mowy i bóle głowy i rozdrażnienie

      Usuń
  4. ech Bogusiu - odpoczywaj - chyba wszystkie wiemy co opisujesz opisujac huragan Eli - a stwierdzenie lekarzy "prosze sie nie przejmowac" obwieszczajacych takie rewelacje zawsze wprawia mnie w oslupienie - szkoda , ze tak daleko mieszkamy od siebie !!! pozdrawiam bardzo bardzo serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tak daleko, a takie same problemy ja też pozdrawiam!

      Usuń
  5. ech ech tak jak rozmawiałyśmy- młodsze wydanie Magdaleny Ci rośnie- Bogusia mam nadzieję,że to będzie jednak tylko żart, a Ela zwolni i da Ci odetchnąć. Cieszę się, że jesteście już w domu buziaki dla Was i szans na wypoczynek... Magdalenę udało się dzisiaj zatrzymać- dając córce 3 lody- pomijam wygląd Córki...- na 15 min, dlatego mogłam poczytać :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. my tu sami swoi- żarty jak najbardziej - ja Elę spuściłam z oczu czytając komentarze i co teraz mam? mleko w kuchni, jogurt w pokoju, woda w łazience i to by było na tyle - idę sprzątać

      Usuń
  6. Działo się na wyjeździe! Dobrze, że już macie go za sobą. Przy następnych odwiedzinach Katowic zapraszam do nas :)

    OdpowiedzUsuń
  7. P.S. Oddział w Chorzowie jest bardzo dobry!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. najlepszy na jakim byłam do tej pory - nawet na spacery wokół szpitala mogłyśmy wychodzić

      Usuń
  8. Dobrze Bogusiu że masz Stasia, albowiem jest on jak" balsam" dobry na wszystko;) jak widać nawet Huragan Elunia uspokajała się wspominając brata :)) Zobacz ile można przetrzymać dla dobra dziecka ,nawet tygodniowy brak snu :)
    Jarek też pewnie miał przeprawę z "trzema Budrysami":)) Dobrze że już jesteś w domu ,trochę odpoczniesz:) :W:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wszystko można przetrzymać, ale powiem szczerze: już w domu odsypiałam Chorzów i pobyt na neurologii przez tydzień.

      Usuń
  9. Z moja ulubienicą nigdy nie może być nudno :) chciałaś mieć.chwile spokoju trzeba było Sylkiego zabrać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sylki stałby się oddziałowym kotem i nikt nie zechciałby go z powrotem wypuścić. I co by wtedy Maja powiedziała?

      Usuń
  10. Jaki śliczny ten Wasz Huragan :) A z Ciebie wspaniała mama! Rzeczywiście hardcorowy miałaś pobyt w szpitalu, a tak lekko, wesoło i pieknie go opisałaś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdjęcia nawet w połowie nie oddają Eli wdzięku- przez ten jej urok połowę łobuzerki uchodzi jej na sucho

      Usuń
  11. Codziennie zaglądałam, czekając na wieści... Cieszę się z powrotu!
    Dziękuję za odwiedziny i pochwały moich zdjęć, bardzo lubię, gdy ktoś je ogląda... a jak jeszcze pochwali :-)
    Elunia śliczna!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gosia - tak jak napisałam - nie mogłam ostatnio zaglądać na blogi, teraz nadrabiam- a zdjęcia piękne!

      Usuń
  12. Moja corcia tez byla takim huraganem, wydawalo mi sie, ze mam trojaczki:) Tego zmeczenia to w sumie sie nie da opisac, jak ktos nie mial, to nie wie, mimo wielkich checi zrozumienia. Nie namawiam do zaprzestania diagnozy, nic z tych rzeczy, ale u nas powoli sie "samo" wyprostowalo. Samo, jak wiadomo zwykle sie nie robi, wiec to lata ciezkiej pracy, "domowej" w sumie, w zasadzie nie zawsze zauwazalnej dla innych. Glowny przelom byl w wieku lat trzech, kiedy niemowiace prawie dziecko wystartowalo jak odrzutowiec. W wieku ponad czterech lat czytala i pisala w dwoch jezykach. Kiedy miala 5-6 lat, dalo sie troche odsapnac;)
    A ten kierowca autobusu - milo prawda? Ze ktos tak sam z siebie-jak rozumiem popatrzyl, pomyslal i wyciagnal wnioski:) I myslenia nie bolalo;)
    Pozdrawiam, zaba

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. kierowca z autobusu to jakiś cudowny człowiek -upał był wtedy okropny, a on z takim zrozumieniem i sam z siebie...
      oby, oby Elcia tak ruszyła do przodu- jak huragan
      podobne te nasze dziewczyny:) biorę pod uwagę czynnik zmęczenia rodzica

      Usuń
  13. Super, że już w domu.Jesteś niesamowita tyle wszystkiego naraz i jeszcze potrafisz to pięknie opisać. Śliczny ten Twój Huragan. Ciekawe czy to nie jeden nasz "znajomy"kierowca autobusu zawsze po drodze do przedszkola ludzie stali na przystanku, a on wcześniej otwierał drzwi i pomagał mi wejść z dziećmi(wózek Stefci i mały jeszcze wtedy Łukasz)Do dziś czasem się spotykamy gdzieś w drodze.Takich miłych ludzi pamięta się zawsze) Serdeczne pozdrowienia.Siły i wytrwałości życzę.Basia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. z tego samego miasta to może być ten sam człowiek!
      tak, już cieszę się i domem i odpoczynkiem, bo Elusia w domu trochę bardziej jest do ogarnięcia

      Usuń
  14. Jednym słowem " SUPER MAMA"
    Pozdrawiamy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. gdybym miała taką koszulkę ze sobą, gdy tak gnałam za Elą, albo jeździłam z nią na schodach ruchomych tam i z powrotem -ciekawe, czy ktoś by w ten napis uwierzył? Wyglądałam wtedy na super zmęczoną mamę, ale bardzo zdeterminowaną

      Usuń
  15. Bogusiu pobyt w szpitalu jest zwykle bardzo nieprzyjemny i dla dziecka i dla rodzica więc wybacz kochana, że uśmiechnęłam się czytając ten opis walki z Huragankiem nie raz :) Przyznam, że po tytule myślałam, że wszechobecne burze i gradobicia dotarły do Was hi, hi :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twój ulubiony Huraganek już w następnej odsłonie: młody twórca! - o malarstwie pokojowym już w następnym wpisie

      Usuń