23 sierpnia, 2013

o pudełku po butach

Tuż przed lipcową wyprawą z obrazami Józka tysiące myśli kłębiło mi się w głowie, a większość z nich dotyczyła jednego pytania: - a co zrobimy, gdy nasze dzieci zachorują? Już w domu trudno jest opanować sytuację, gdy dzieci, najczęściej jedno po drugim, zaczynają chorować. Dom przypomina wtedy szpital, a ja zamieniam się w pielęgniarkę i w salową, taką z kilkudniowym dyżurem, bez zmienników. Przed nami był tygodniowy wyjazd - naprawdę wszystko mogło się wydarzyć. Postanowiłam zabrać ze sobą leki - na wszelki wypadek. Wszystko to, co mogło spędzić kilka godzin poza lodówką - czyli plastry, syropy, czopki i pigułki zapakowałam do pudełka po butach, które przez następny tydzień strzegłam przed wszędobylską Elą. Mamy już za sobą ubiegłoroczny pobyt Eli w szpitalu na płukaniu żołądka. Trzymanie tabletek wysoko na półce okazało się niedostatecznym zabezpieczeniem. Ela sprytnie wyciągnęła wszystkie szuflady w szafie tak, żeby utworzyły schodki, następnie wdrapała się i łyknęła to, co nie było dla niej. Resztę wyrzuciła pod regał. Nauczeni doświadczeniem leki trzymamy w miejscu, do którego na razie Eli nie udało się dostać - w szafce pod sufitem. Pudełko po butach z apteczną zawartością włożyliśmy do bagażnika dachowego razem z obrazami i rzeczywiście Ela podczas naszego wyjazdu nie dostała się ani razu do prowizorycznej apteczki.
Staś zachorował jako pierwszy. Już w nocy przed wystawą łódzką trochę kaszlał, budząc nas co chwila. W Manufakturze, gdy czekaliśmy na rozpoczęcie wystawy bawił się świetnie na ruchomych schodach z dziećmi i z tatą Oskara, nieocenionym wodzirejem wystawowym. Przyznam, że brakowało mi Ciebie - Sebastian - i w Opolu, i we Wrocławiu. Staś miał ze sobą okulary narciarskie, którymi błyskał i tu, i tam, z tej i z drugiej strony schodów ruchomych. Nagle zachorował, a nasza apteczka okazała się być niewystarczająca. Na szczęście wśród zwiedzających znalazła się mama, która wprawnym uchem Stasia osłuchała i przepisała nam leki. Staś już nawet nie podnosił się z krzesła, na którym leżał opatulony kocem przez Jaśka. I tak pierwsza wystawa była już za nami.
Jadąc w kierunku Wrocławia zobaczyliśmy, że Staś ma wysypkę. Pudełko po butach od razu zostało wyciągnięte z bagażnika, ale jedyne wapno, które posiadałam - dziecięce notabene - uczulało Stasia jeszcze bardziej. Dotarliśmy do małego miasteczka, w którym pizza kosztowała o połowę mniej niż u nas, a Józek mógł oglądać i komentować wszystkie etapy jej przygotowywania. Obok pizzerii była apteka dyżurująca w niedzielę. Staś rozsiadł się wygodnie na krzesełku i zgromadzonym ludziom, którzy podobnie jak my szukali ratunku w aptece, oznajmił:
- mam ospę!
Ospa to na szczęście nie była, a wysypka po najzwyklejszym wapnie znikła natychmiast. Pudełko po butach powiększyło swoją zawartość.
Podczas wystawy we Wrocławiu zachorowała Ela. Zwisała smętnie u taty na rękach, chociaż chwilę wcześniej biegała tak szybko, jak zawsze.
W Fundacji Promyk słońca szybko znaleziono nam lekarkę, która też była na wystawie. Osłuchała Elę, zleciła lek. Odwiedziliśmy aptekę i dołożyliśmy nowe opakowanie do poprzednich.
Po cichu żałowałam, że nie miałam w domu pudełka po kozakach zimowych, ale tak naprawdę do końca naszej wyprawy nikt już nie zachorował, a Ela i Staś już kolejnego dnia czuły się lepiej.
I jaki z tego morał?

11 komentarzy:

  1. Otwierasz magazyn na pudelka po butach ? ;) Ja przed wyjazdami zakladam, ze NA PEWNO NIKT chorowac nie bedzie, zeby przypadkiem czegos nie wykrakac ;) wczoraj sadzilam, ze Kasper sie dzis zupelnie rozlozy i nic z zaplanowanego w klasie koncertu nie bedzie, ale stan podgoraczkowy (37.6-37,8) okazal sie najprawdopodobniej rezultatem stresu. Gdyby nie "posiane w ciagu doby 2 kurtki, to chyba sama bym sie bardziej zestresowala :) Kurtki sie znalazly, ale byly swiadectwem na to, jak Kasper swoj koncert i odbyta w srode pierwsza lekcje na oboju straznie przezywa :)
    Leki trzymamy w metalowej apteczce wiszacej dosc wysoko w korytarzyku za drzwiami, pod kluczem, ktory lezy jeszcze wyzej i jak maz sie rozpedzi, to sie go doszukac nie moge, bo mam ciut za krotkie rece ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. czekam na relację z koncertu- Kasper- brawo!
      A ja się cieszę, że nie musiałam użyć wszystkich pozostałych leków -nie było tak źle na wyjeździe

      Usuń
  2. Znam to bardzo dobrze! W Ochotnicy robilismy za nieoficjalny punkt medyczny:-) Przydaly sie i krople za zapalenie spojowek i te na zapalenie ucha. A na szlaku opatrzalam skaleczenia zupelnie profesjonalnym sprzetem. Na szczescie gigantyczna apteczka jaka zawsze ze soba woze w te wakacje nie przydala sie dzieciom wlasnym, inhalator zmagazynowany na dnie bagaznika rowniez:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jak!- tuba do inhalacji i leki wziewne miałam, komplet leków przeciwhistaminowych, octanisept do odkażania też. Krople do uszu i oczu, spray do nosa - do wyboru i do koloru!

      Usuń
  3. apteczka to podstawa na wszelki wypadek, na szczęście używamy najczęściej tylko środków do odkażania ran i plastrów. Rzeczywiście Wrocek był pechowy dla Waszych Dzieci. mamy nadzieje, że mimo wszystko nas jeszcze odwiedzicie :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o pechu to mówiłabym, gdybym wykorzystała połowę apteczki, a tak wróciliśmy z pełnym pudełkiem do domu. Za to ciągle wspominamy okolice Wrocławia i Wasz dom- oraz Goldiego - cudownego psa

      Usuń
  4. Dla mnie morał jest dość prosty-aptek Ci u nas dostatek:)))Małgorzata:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nawet w małych miejscowościach znajdzie się dyżurna apteka - tak przynajmniej my trafiliśmy

      Usuń
  5. Mój osobisty morał z tej historii nasuwa się sam. Kiedy mój ulubiony artysta Józek będzie podróżował ze swoją rodziną prezentując swoje prace po świecie, biorę urlop i jedziemy z Wami! :). Ola zamiast pudełek po butach ma magiczną kosmetyczkę w której wszystko na wszelki wypadek ma ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wspólny wyjazd to jest to! podróże po świecie - o tym zaczyna powoli mówić Józek, oglądając nawet teraz Muzeum historii Naturalnej w Nowym Jorku - tylko jak on zniesie tych wszystkich ludzi mówiących nie po polsku.
      A na koniec wyobraziłam sobie tę kosmetyczkę:) i przeliczyłam ilość osób z naszych rodzin:)

      Usuń
  6. Dziękuję za odwiedziny i komentarze :-)
    Tak, na zdjęciach to były zielone bezy. Słodycze w ogóle były tam bardzo ciekawe, jednak my na ostatnich centach i pozostawało tylko robienie fotografii :-) Może tak i zdrowiej ...

    OdpowiedzUsuń