14 lipca, 2014

o zielonym notesie

Do znalezienia notesu przyczyniła się mysz.
Lub myszy - bo sprzątając pobojowisko w piwnicy śmiem wątpić, by jeden osobnik tak dużo pozostawił po sobie śladów.
Na szczęście papiery, dokumenty, zdjęcia i książki od zawsze umieszczone były bezpiecznie w mieszkaniu - ku rozpaczy tejże osobniczki (lub osobników). Na obecność myszy w naszej piwnicy wskazywał zapach. Odnalezione odchody to potwierdziły, a pogryzione rzeczy tę kiepską dla nas wiadomość przypieczętowały. Sprzątaliśmy naszą piwnicę kilka godzin, a może minęło tych godzin kilkanaście? Śmietnik osiedlowy szybko zapełnił się tym, co niepotrzebne lub pogryzione. Wszystko zostało przejrzane i dzięki tej małej paskudzie sprzątnięte. Mieszkanie na czas porządków opanowały kartony i worki, między którymi spacerował Józek, niechętny niezapowiedzianym zmianom i działaniom. Nalegał, by sprzątnąć to wszystko natychmiast. Pomiędzy Józkiem, a rzeczami, które jeszcze można było uratować znalazłam zielony notes, który ostatnio widziałam wiele lat temu. Zapisywałam w nim kiedyś pierwsze słowa moich dzieci.
Tym, co mówił trzynaście lata temu Jaś szybko wypełniałam kolejne strony:
- inteligentne: "pę!" - dotyczyło smoka wawelskiego, który pękł.
- "takum takum" - to trafny opis gadającej przez telefon mamy.
- "endoble" - lekko francuski akcent podkreślał niedobry smak syropu.
- "sium" - to cukier i sól w jednym - po co się rozdrabniać?
Pierwsze konstrukcje słowne jeszcze dziś brzmią dla mnie rozczulająco, a między nimi wyróżniały się:
- "mamućku i tatulku"
- "Bóg stworzył Jasiowi zazie" - wystarczyło, że Jaśko zobaczył nowe skarpetki w gwiazdki, by powstało całe zdanie. Porządki ze szczotką i zmiotką zostały podsumowane:
- "ciotka motka"
Urodził się Józio, a ja w notesie z drugiej strony napisałam jego imię: "Józiol"- bo tak go nazywał Jaśko. Pod tym imieniem planowałam wpisywanie słówek naszego Józusia.
Dopiero siódmy miesiąc przyniósł pierwszy wpis: - "ej Ja!"- wołał Józio do brata. Potem długo nic, aż usłyszeliśmy przyjemne "ej tata". Cieszyły nas te dwa zwroty, dopóki po pierwszych urodzinach nie zniknęły.
Jaśkowa strona jeszcze miała kilka wpisów: gdy ciocia Asia bawiła się z Jasiem - zamykała oczy i mówiła:
- "nie ma cioci!"
Jaś na to zamykał swoje oczy i odpowiadał:
- "Jasia nie ma też!".
- "Aaakorki dwa" - śpiewał sobie nasz trzylatek w wannie bawiąc się korkami.
- "gdzie masz kaczuszkę?" - zapytałam go kiedyś - "gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie" - odpowiedział szybko.
Pierwszą rzecz, którą przeczytałam po podniesieniu notesu brzmiała przepięknie:
"Jaśko wyjrzał z łazienki, a Józek zobaczył go nagle i z zachwytu zaśmiał się głośno i aż podskoczył. Jaśko wzruszył się i przytulił go. Nawet chciał go sam zanieść do łazienki półrocznego Józka.
Powiedział wtedy: kocham Józia i całą rodzinę."
Zapiski urywają się nagle.
Od Józia usłyszeliśmy jeszcze dwa słowa: "doda" - woda, "dzia" - dziadek, ale i to zaniknęło. Do czwartego roku życia nie pojawiały się już żadne nowe słowa.
W notesie nie ma więcej wpisów o Jaśku, bo nasza uwaga była wciąż skupiona na tym, co się działo z Józkiem: trudne zachowania, wybiórczość pokarmowa, ucieczki, wspinanie się wysoko. Szpitale, badania, diagnoza: autyzm. Zbyt dużo było zmartwień i lęków, by o nich pisać. Czasem trudno było się rano obudzić.
Nie tak to miało być: miał być notes wypełniony śmiesznymi powiedzonkami z jednej i z drugiej strony. Pamiątka, do której chciałoby się później wracać i wspominać.
Notes leżał gdzieś schowany głęboko, a po przeprowadzce wylądował w piwnicy.

A potem jeszcze raz ułożyło się inaczej, chociaż tego nikt z nas się nie spodziewał. Zamiast małego zielonego notesu znalezionego w piwnicy jest blog: "autyzm dzień po dniu" pisany przez 365 dni o Józkowym wspaniałym roku, jest "stacja autyzm" opisująca wystawy prac Józia i inne jego sukcesy. A przed nami jeszcze wyprawa do Londynu (już pod koniec września) i następne ciekawe wydarzenia.
Notes podrzucę Jaśkowi jako lekturę wakacyjną - na pewno zachwyci się swoimi celnymi uwagami z wczesnego dzieciństwa.
A mysz? Gdy już zamykaliśmy wysprzątaną piwnicę przemknęła pomiędzy mną a Jarkiem i jak gdyby nic wbiegła do pomieszczenia. Uderzenia szczotką o ścianę i o rury nic nie dały.
Od poniedziałku zaczynam z nią poważną wojnę.

14 komentarzy:

  1. Aaa korki dwa :D Urocze, wzruszające wpisy zeszytowe sprzed lat :)
    "Od poniedziałku zaczynam z nią poważną wojnę." No weź, dzięki tej rozróbie znalazłaś notes. I pozbyliście się wielu rzeczy które szkoda by było może wyrzucić a które nie były niezbędne, same korzyści, bądź łaskawa ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. same plusy - ale jeśli chodzi o tę mysz - będę nieprzejednana

      Usuń
  2. " Kwatera wysprzątana, pora wracać" - pomyślała mysz i szybko niczym BB na spacerze czmychnęła na rewiry :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to BB rewir, żadne myszy nie będą tam się panoszyć. Myszom powiem absolutne: sio!

      Usuń
  3. Jak dobrze,że ta mysz do Was wpadła...:)Małgorzata:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hahaha...gdyby tak jeszcze z naszej piwnicy wypadła...

      Usuń
    2. Mja polubiła zimą rączki od rowerów:)postaw pułapkę a dzieci nie wpuszczaj-wyśli mena:)M.

      Usuń
  4. To wyraźny znak, że jednak kot jest Wam niezbędny ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ktoś tu jest w zmowie z moją Elą :)

      Usuń
  5. Z taką pożyteczną myszą walczyć? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. prawda? już bym jej odpuściła za te zasługi, ale pogryzionych rzeczy żal

      Usuń
  6. to ja chyba wezmę myszki od Ciebie Bogusiu to i my może kota wtedy przygarniemy:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. uprzejmie donoszę, że trucizna w piwnicy już przynosi żniwa- koniec z myszami

      Usuń
  7. My mamy zeszyt z Kubusiem Puchatkiem no i całkiem stare rozmowy na bardzo osobistym blogu, przed diagnozą.

    OdpowiedzUsuń