14 kwietnia, 2015

o igle z nitką

- moja mama jest dobra. Moja mama dobrze szyje - tak Józek podsumował moje wieczorne zmaganie się z igłą, z nitką i jego zniszczonym szkolnym plecakiem.
Inaczej planowałam zakończenie tego dnia, zupełnie inaczej. Igłę z nitką raczej omijam z daleka, a szycie nigdy nie było dla mnie synonimem dobrze spędzonego wieczoru. 

Igłę, a potem czarną nitkę wyciągnęłam dopiero po kilkugodzinnej, nieudanej próbie przekonania Józka do nowo zakupionego plecaka. Nareszcie udało mi się znaleźć wyjątkowo mocny i przy tym niebieski plecak. Marzyłam o wyrzuceniu starego tornistra do śmieci.
Nowy plecak lśnił, miał na sobie emblematy pielgrzyma - prawie żywcem z naszego olsztyńskiego herbu. A z sekretnej kieszonki wystawała osłona przeciwdeszczowa.
- ja chcę taki! ja! - przekrzykiwało się rodzinne zgromadzenie.
Tylko Józek nie patrzył w stronę nowego nabytku.
- ja już mam plecak - powiedział i mocno uściskał swój niebieski tornister, który do tej pory dzielnie nosił jego książki, dopóki nie urwał się sznurek ściągający całość, dopóki prawie nie odpadła kieszeń, dopóki rozerwana klapa nie zaczęła powiewać na wietrze.
Żebyśmy nie mieli wątpliwości, jakim uczuciem darzy swój plecak, Józek wycałował go. Trzy razy.
- będę nosił ten tornister do końca czerwca - powiadomił nas.
Rozpoczęłam akcję "Nowy plecak".
- każdy kto, będzie przechodził obok Józka, ma powiedzieć - "co za świetny plecak!" - poinstruowałam dzieci.
Przeprowadziłam długą rozmowę z Józkiem o jego zniszczonym plecaku, o tornistrach jego kolegów, o plecakach ludzi z całego świata - o tym, że zniszczone rzeczy wymieniamy na nowe.
Na próżno.
W końcu westchnęłam trzy razy i wzięłam do ręki wspomnianą igłę z nitką.
- robisz to dla mnie, mamo? szyjesz mój plecak? - ucieszył się Józek.
- tak, robię to dla Ciebie - zszywam Twój plecak.
I tak mój wieczór przestał być leniwym zakończeniem dnia, a stał się pracą - mam nadzieję, że nie syzyfową pracą.
Szyłam. A tymczasem w domu ktoś musiał przejąć pewne obowiązki:
- sami robimy, sami - wołała Ela z kuchni, w której razem ze Stasiem przygotowywali kolację.
Usłyszałam, że z lodówki wyciągnęli twaróg i śmietanę. Ja w tym czasie próbowałam wciągnąć nowy sznurek do plecaka.
 - jeszcze podaj cztery łyżeczki, teraz podaj dwie łyżeczki - wydawał polecenia siostrze chief Staś - a teraz jeszcze trzy łyżeczki z szuflady.
Kolacja zapowiadała się ciekawie i - w dużym towarzystwie, sądząc po ilości sztućców. W dodatku na słodko, bo cukier był sypany obficie, a wszystkiemu towarzyszyła kolorowa posypka.
- Elu, odnieś posypkę do szafki, widelec włóż do zlewu, a śmieci do kosza. Ja wytrę stół - Staś odkrywał swój nowy talent: zarządzania ludźmi.
Jaśko, oderwany od matematyki, zajrzał do kuchni, zwabiony zapachami.
- od cukru się tyje - ostrzegł kucharzy.
- nie zwracaj na to uwagi, Elu, pracujemy, pracujemy - nie poddawał się krytyce Staś.
Z tornistrem i z igłą przybyłam do kuchni, ale tylko pewną ilość cukru jestem w stanie zjeść. Z żalem odmówiłam konsumpcji.
 - to nic, zjem z dwóch miseczek - ucieszyła się Ela.
Jaśko uciekł od przesłodkiego posiłku do matematyki.
 - to nic, będę jadła z trzech miseczek - powiedziała Ela.
Józio, nie zwracając uwagi na kolację, zapytał:
 - a czy pingwiny - gdy są małe - czy są całe białe?
Pytania Józka zawsze wybijają nas z rytmu tego, co akurat robimy. Dlaczego akurat pingwiny, dlaczego akurat białe, dlaczego akurat teraz?
Antarktydę z jej pingwinami poznawaliśmy dwa miesiące temu, w ramach projektu "Dziecka na warsztat 2". Czytaliśmy wtedy sporo, raz na zawsze utrwaliliśmy sobie, że na Antarktydzie nie ma mieszkańców - tym bardziej Eskimosów, nie ma tam też niedźwiedzi polarnych. Tylko pingwiny i zwierzęta wodne. Glony i porosty. Z roślin: śmiałek antarktyczny i kolobant antarktyczny.
Zapoznaliśmy się z pingwinem Elegancikiem z "Zaczarowanej Zagrody" Centkiewiczów, który odtąd był poszukiwany przez moje dzieci w każdej książce i w każdym filmie.
Oglądaliśmy "Marsz Pingwinów" - Staś stwierdził, że nigdy nie chce znaleźć się nawet blisko Antarktydy. Film interesował go o tyle, o ile udałoby mu się wypatrzeć Elegancika wśród stad pingwinów cesarskich, targanych przez wiatr.
Ja też nie byłam w stanie zrozumieć tych, którzy porzucali wszystko, ryzykowali życiem, a nawet tracili życie - byle odkryć Antarktydę. A jednocześnie nocami zaczytywałam się w książce "Nie prowadziła ich Gwiazda Polarna" Centkiewiczów, która opisywała losy Dumonta d`Urville, Carstena Borchgrevink`a, Ernest`a Shackletona oraz Roberta Falcona Scotta.
Sami też zrobiliśmy książkę:


Od tamtego czasu zdarza się, że Józek wieczorami przegląda nasze kartonowe kartki.
Być może stąd teraz - w dniu zniszczonego plecaka i zrobionej samodzielnie przez najmłodszych kolacji - pojawiło się Józkowe zaskakujące pytanie:
- czy pingwiny, gdy są małe - czy są białe?
Okazuje się, że tak.
A ja następnego dnia usłyszałam od koleżanki:
- Józio mi wszystko opowiedział: "mama kupiła mi nowy plecak, a ja go nie chciałem. Mama zszyła mi mój plecak. Moja mama jest dobra. Moja mama dobrze szyje."
Hmm... czas przyjrzeć się raz jeszcze naszej kartonowej książeczce, połączonej do tej pory czarnym sznurowadłem. A może by ją tak od razu zszyć? Skoro już wiem, gdzie leży igła z nitką...

Natchnieniem do tekstu i poznawania Antarktydy były dla nas - jak zawsze - dziewczyny z projektu "Dziecko na warsztat 2".
A oto - co u nich na blogach:

6 komentarzy:

  1. Ech,co się nie zrobi,żeby uszczęśliwić,nasze dzieci,nawet przypominamy sobie gdzie igła leży,szacun.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to prawda! jeszcze tyle zajęć praktyczno-technicznych przede mną: hafty, ręczna produkcja karmników :) :)

      Usuń
  2. Cudnie,że wszyscy w domu:)))Małgorzata:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dobrze policzyłaś, mimo tych mylących łyżeczek z szuflady :)

      Usuń
  3. Bogusiu, jak ja UWIELBIAM Twoją lekkość słów!!! doris

    OdpowiedzUsuń