10 maja, 2015

o niewdzięcznikach

- hej! zagraj ze mną - od niechcenia zagadnęłam Józka - spędź trochę czasu ze mną!
- no ... dobrze... - zgodził się dość ostrożnie i usiadł przed rozłożoną grą o Australii. Gra zajmowała prawie cały kuchenny stół, była zrobiona przez nas i stanowiła powód mojej dumy.



Nigdy wcześniej nie zrobiłam gry planszowej dla dzieci - stąd ta rozpierająca mnie duma. Do wspólnej pracy przy niej udało mi się namówić chłopców - to też nie lada wyczyn. Jaśko wykonał rysunki, wzorując się na sztuce Aborygenów - korzystał z czterech kolorów - tak, jak oni: ceglastej czerwieni, żółtego, białego i czarnego. Tak, jak oni posługiwał się palcami, patykami, pędzelkami - kreskami, kropkami i jeszcze raz kropkami. 


Staś kleił, pisał i ustawiał przy grze zrobione przez nas wcześniej modele Opery z Sydney i mostu Harbour Bridge. Po rolkę brązowego kartonu pobiegłam ja. Na samym środku gry pyszniła się mapa Australii - wycięta ze znalezionego w ciucholandzie materiału. Grze towarzyszyły karty przygody, napisane przeze mnie.


Pękałam z dumy. Niedługo - niestety.
- a co to za skarpeta? - przyjrzał się ciekawie rysunkowi bumeranga Józek.


- to są same trudności! - krzyknął po raz pierwszy, gdy tylko stracił kolejkę, stojąc na polu z górą Uluru (wylosowana karta przygody ostrzegała turystów przed próbą wejścia na tę świętą dla Aborygenów górę).
- zrobiłeś za długą grę - upomniał mnie Józek, gdy po pierwszym okrążeniu dowiedział się, że gra trwa dalej.
- nie mogę grać, nie mogę - krzyczał.
- to dla mnie za trudne - marudził pomimo zdobytej przewagi kilku punktów.
- co?! - zdenerwował się tracąc punkt podczas wylosowanej karty podróży, która opisywała zwiedzanie Melbourne i jednoczesną utratę fikcyjnego aparatu fotograficznego.
Rzucana przez niego kostka wylądowała kilka razy poza kuchnią, a mój pionek był co chwila przewracany. Mimochodem zapewne, ale i tak zagroziłam mu zabraniem punktu.

- jesteś za szybka - zganił mnie Józek, gdy niespodziewanie przeskoczyłam wiele pól, przesuwając się do Sydney, aby podziwiać Operę.
Chciałam utrzymać dobry nastrój gry. Powiedziałam:
- a teraz rzuca mój kochany Józek!
- mów tylko: Józek - ustalił granicę nastolatek.
Do wygranej zostało mu już tylko zdobycie dwóch punktów: 
- musi być cztery! - zagroził kostce.
Wypadło cztery.
- musi być parzyste! - po raz drugi srogo przyjrzał się niewinnemu sześcianowi z oczkami.
Było parzyste.
- uff - wygrałem! - otarł pot z czoła, odszedł od gry i już nie wrócił.
Też otarłam pot z czoła, ale nie poddałam się tak łatwo.
- Stasio - zawołałam młodszego syna - chodź ze mną zagrać.
Staś rzucał kostką, ale jednocześnie patrzył na ptaki za oknem. Oczywiście mój pionek natychmiast został przewrócony przez kostkę.
- a co to za ptak? - pokazał nagle punkt za oknem.
- to przecież sroczka - odpowiedziałam, mocno trzymając mój pionek.
- sraczka? - zdziwił się Staś - dziwna nazwa dla ptaków.
Nie wiem, jak udało mu się przykleić do litery A w słowie Australia, którą sam namalował tego dnia.
Gdy już się odkleił, zanegował zasady gry:
- gdy stanę na dowolnym mieście otrzymuję jeden punkt - ale ja stanąłem w Canberra! chcę dostać dwa punkty, bo to stolica!
Zupełnie nie przejął się przegraną:
 - mamo, kto nie ma szczęścia w grze, ten ma szczęście w miłości! - wyjaśnił mi.
Podjęłam jeszcze jedną próbę:
 - Ela, chodź, zagramy razem
Ela - to fanka Australii. Książkę o tym najmniejszym kontynencie czytamy codziennie. Szczególnie długo zatrzymujemy się na stronie o wydobywaniu kamieni szlachetnych. Gdy pojawiają się diamenty, Ela ma zamglone oczy. Inne książki na razie nie są przez nią akceptowane. Wieczorem słyszę:
- mamo: książka o Australii właśnie sobie odpoczywała pod łóżkiem!
Dla niej zrobiliśmy modele mostu i Opery z Sydney - puzzle 3D.


- mój Sydney - uśmiecha się zawsze, gdy tylko na nie patrzy - kocham Australię!
- na pewno spodoba jej się gra - pomyślałam.
Po kilku rzutach kostką Ela policzyła swoje punkty i powiedziała:
- połamało mi się serce i burczy mi w brzuchu. Nie mogę już grać.
O - niewdzięcznicy! Więcej gier na pewno już nie zrobię!
Grę z Australią zawieszę na ścianie - jak trofeum. A potem pójdę na spacer. Sama!
Na klatce dogania mnie głos Józka:
- a te spodnie, które mi dałaś - są kłujące - dałaś mi pułapkę!

tekst to oczywiście kontynuacja warsztatów z projektu "dziecko na warsztat II".  A na mapie kolejno dziewczyny i ich relacja:


5 komentarzy:

  1. Twoja rodzinka jest jedyna w swoim rodzaju, ale do złudzenia przypomina na moją . Te diamenty..skąd ja to znam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaak. Studiując mapy kolejnych kontynentów za każdym razem muszę odpowiadać na pytania gdzie jest złoto i gdzie są diamenty...

      Usuń
  2. :-) najpierw przeczytalam tytul i pomyslalam - to o mnie! bo sie nie odzywam:-)
    bardzo czesto o was mysle , bo Tadeuszek ktory juz zawsze podobnie sie do Jozia zachowywal , teraz juz nawet i podobnie mowi - w innym jezyku co prawda ale jednak - Bogusiu - jak zaczynalas Bloga dzien po dniu - to Jozio tez byl osmiolatkiem,prawda?a gre rzeczywiscie powies na scianie - koniecznie w ramce:-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak zwykle świetnie się Ciebie czyta, a prawdziwe bitter- sweet życie jest najciekawsze, zwłaszcza, że od Was tchnie otuchą:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bogusiu, napisz "coś". bardzo mi Was brakuje. Wiem że czasu brak,ale może chociaż jeden wpis na miesiąc, pozdrawiam "W"

      Usuń