27 grudnia, 2015

o byciu uśniechniętym

Sprzątając, segregując, robiąc porządki (także na blogu) odnalazłam odłożony na później post. Jeszcze przedwakacyjny - o Józku i Malborku...
dobrze, że go odnalazłam :) uśmiałam się do łez:)
Gdybym tylko mogła posnuć się po domu w myśl zasady: "my home is my castle" - przygarbić plecy, pomarudzić, czarno na wszystko popatrzeć... Nic z tego oczywiście, nie z Józkiem oczywiście. Mama przecież powinna wyglądać inaczej!
- nie bądź taka stara! bądź uśniechnięta! - słyszę od mojego syna.
Natychmiast prostuję przygarbione plecy, ponurą minę chowam do kieszeni i uśmiecham się wymijająco.
Józek patrzy na mnie uważnie, kręci głową i rozciąga swoje usta niczym Joker z Batmana. Tak mam wyglądać według niego - z wyraźnym, widocznym z daleka uśmiechem, a nie jakoś tak... niewyraźnie...
Bycie uśniechniętym to nie lada sztuka - zwłaszcza, gdy życie daje nam w kość. Józek sam się o tym nie tak dawno przekonał.
Otóż Józef postanowił zwiedzić Malbork w ramach szkolnej akcji: "Poznajemy zamki gotyckie".
Wątpliwości mieliśmy niemało, bo na wycieczce miało nie być Igora, jego kolegi. A bez Igora Józek raczej nie planuje wyjazdów.
Józek rozwiewał nasze wątpliwości krótko:
- pojadę!
Wpłaciliśmy pieniądze, zarezerwowaliśmy miejsce.
Pierwszy niepokój pojawił się wieczorem przed wyjazdem. Józef próbował dzwonić do pozostałych kolegów z klasy z pytaniem: - a może jednak oni też pojadą? Niestety - nie.
Rano obudził się i oznajmił:
- jestem śpiący - zostaję w domu. Symulował chrapanie, ale słabo mu to wyszło.
Przez moment dobiegły nas odgłosy przypominające kaszel:
- khy, khy! jestem przeziębniony- oznajmił - nie mogę jechać.
A plecak z atlasem przyrodniczym już czekał w przedpokoju, od kilku dni przygotowany. Cieszyło mnie, że tym razem nie zapakował "Atlasu Polski", "Historii i społeczeństwa", "Szkolnego atlasu geograficznego z mapami konturowymi", "Ilustrowanej biblioteki wiedzy o technice" oraz aparatu ortodontycznego. Poprzednia wycieczka rodzinna z wypełnionym książkami plecakiem zakończyła się kryzysem, bo Józek książki nosił w plecaku, a aparat włożył do kieszeni. Zgubił go potem w szczerym polu. Cała rodzina czas wolny spędziła idąc tyralierą wzdłuż pola i poszukując aparatu ortodontycznego. Jakie to szczęście, że ja tego dnia miałam wolne i spędziłam czas sama! Przynajmniej pośmiałam się z ich przygody, a pole nadal będzie kojarzyć mi się wyłącznie z polem,  a nie z uporczywym poszukiwaniem kawałka plastiku z drutami.
Teraz stałam rozdarta pomiędzy plecakiem, a Józefem w łóżku.
- ubieraj się! - zarządziłam.
- nie mogę jechać do Malborka! zginę tam - dość szybko Józek popadł w swoje ulubione, dramatyczne tony - tam są mordercy: Krzyżacy zabijają ludzi!
- jeśli spotkasz prawdziwego Krzyżaka - zrób mu zdjęcie, Józku - poradziłam mu.
- ja nie jestem Józek, nie mów do mnie Józek, tylko Igor, bo Józek - zostaje dziś w domu.
Zapakowaliśmy go do auta, choć opierał się i próbował przykleić do ławki osiedlowej.
- jedź w lewo - polecił tacie, próbując nas zmylić.
- wolę pójść na nasz zamek, olsztyński! - negocjował.
- nie lubię Krzyżaków! - wołał z rozpaczą.
- nie musisz ich lubić, Zbyszku z Bogdańca - próbował zażartować tata, ale Józek nie był w nastroju do żartów.
- to wszystko Wasza wina! - zawołał - muszę uciekać - i to mówiąc otworzył drzwi w rozpędzonym aucie.
O rany Józek!
Natychmiast zatrzymaliśmy samochód, wrzeszcząc jedni przez drugich, zablokowaliśmy drzwi od strony pasażera, ochłonęliśmy. Pojechaliśmy dalej.
- to będzie super - ultra - nudna wycieczka - ocenił naburmuszony Józek.
Powątpiewałam w jego słowa: z kim jak z kim, ale z nim człowiek nigdy się nie nudzi. Siwieje znacznie szybciej, niż powinien, ale nuda? Nigdy!
Dojechaliśmy na miejsce wyjazdu autokaru.
- mam białą flagę, przegrałem -   z tymi słowami Józek wyszedł z samochodu, zamknął oczy, nacisnął czapkę i kaptur prawie na brodę i  poszedł przed siebie po omacku.
I tu włączyła się moja złośliwość, która naprawdę rzadko mi się pojawia. Ale czasem nie mogę, no po prostu czasem nie mogę:
- bądź uśniechnięty, Józio! - pomachałam do niego, siedzącego w autobusie i pokazałam mu uśmiech Jokera w moim wykonaniu.
Odwzajemnił bohatersko uśmiech.





Po odjeździe autokaru wciąż tkwiliśmy na parkingu, z lekka zmęczeni. Józkiem podczas wycieczki miała opiekować się świetna dziewczyna, która szybko napisała do nas smsa:
 "Józek zrelaksowany, wszystko ok, komentuje to, co za oknem. Jaką on ma wiedzę!"
Wieczorem Józek wrócił do domu, a my usłyszeliśmy same superlatywy o człowieku w Malborku.
Pojechał, dobrze się bawił i wrócił.
My też jakoś w końcu pozbieraliśmy się z tego parkingu.



6 komentarzy:

  1. Zdrowia,mocy i uśmiechu w nowym roku!Małgorzata:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zdrowych - te życzenia zawsze przyjmiemy i przygarniemy. Mocy- ach ta moc! Ela to musi jeszcze raz zaśpiewać i przypomnieć mi. Uśmiechu albo bycia uśniechniętym - tego Małgoś i Tobie życzę - niezmiennie

      Usuń
  2. Jesteście wspaniałymi Rodzicami! Dobrze wiecie jak postępować z Józkiem, kiedy on może postawić na swoim a kiedy jednak należy "tupnąć nogą" ;-) . Nie jeden rodzic by się pewnie poddał i zostawił dzieciaka w domu - bo po co się użerać? Dzięki Wam Chłopak miał świetną zabawę.
    Pozdrowionka!
    Cudni jesteście!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Dorotko! zawsze dobrze jest usłyszeć dobre słowo - albo kilka słów - z zewnątrz. Gdy tak tkwimy z Józkiem w samochodzie z zablokowanymi od strony pasażera drzwiami - to czasem zapominamy o tym, że naprawdę wszystko jest w porządku. A nawet jest coraz lepiej!

      Usuń
  3. A z tym uśmiechem na twarzy, to rzeczywiście coś jest - moje też się pytają co mi się stało jeśli choć na parę chwil się zadumam, zasmucę. Dla dzieci trzeba zawsze być uśmiechniętym i zadowolonym z życia, choć nie zawsze to takie proste.
    Życzę więc samych uśmiechniętych dni w Nowym Roku!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a może nasze nieuśmiechnięte twarze zmieniają nas i wyglądamy jak nieznajomi ludzie? :) :) Dorotko - dziękuję za życzenia! wszystkiego najlepszego dla Was!

      Usuń